Dwa dni przerwy od Bika. Dziś też jakoś nie było kiedy wyjść z domu i pokręcić się po okolicy. Dzień właściwie minął na próbie reanimacji drukarki oraz wizji lokalnej na trasie nowego szlaku na trójkąt. Większość robót już zrobiona, ale poszliśmy właściwie pojechaliśmy autem by zobaczyć co poprawić. Na rowerze wydawało mi się, iż szlak jest wąski, ale gdy większość trasy udało się autem przejechać to zwątpiłem. Dopiero po zmroku wskakuje na rower i jadę pod Timkena potowarzyszyć tacie w drodze powrotnej. Jutro Katowice i kolejna edycja rajdu rowerowego ścieżkami miasta Katowice.
Dziś jakby inaczej się jechało, noga wcale za dobrze nie zapodawała i niewiele było momentów co bym na prostej powyżej 30 leciał. Do południa krótka pętla po Zagórzu załatwiając różne sprawunki. Po 15:00 przyszła pora na dalszą jazdę. Późno wychodzę i gonię do PTTKu rozliczyć się za wycieczkę. Następnie do Katowic na Mariacką spotkać się z Filipem i przy okazji zakupić ćwiczeniówkę dla brata. Trochę się kręcimy po centrum ćwiczeń nie ma nigdzie i po degustacji deseru lodowego zawijam w drogę powrotną. Na poczekaniu stwierdzam, że wracam przez Siemce i tam przez Wełnowiec docieram. W samych Siemianowicach stwierdziłem, że pora kolejną drogę poznać i za drogowskazami dokręcam do pola golfowego. Na przestrzał pola prowadzi ścieżka rowerowa. Podążając nią docieram do DK 94 w miejscu gdzie często lubią mundurowi stać i suszyć. Docieram do Czeladzi, gdzie skręcam koło Strusi i jadę w kierunku Wojkowic. Szlakiem przez most przedostaję się na Przełajkę, z kolei stamtąd na Grodziec. Przy kościele odziewam się w odblaski i jadę na Łagiszę i dalej na Zieloną. Mam jeszcze trochę czasu więc przebijam się na P3 i okrążam zbiornik. Pod Molo nikogo nie ma to zmierzam już ku domowi. Godzinka na regenerację i porcję kalorii i jadę po tatę do Timkena. Po nocy jakoś lepiej się już jechało może z racji tego, że już nie wiało. Wracamy coś przed 23:00 i zamiast do domu rower odstawiam i jadę blachosmrodem pomóc kumplowi znaleść klucze. Chłopak tak zakręcony, że objechaliśmy pół miasta, a okazało się, że klucz zsunął się pod fotel, a mnie przypadkiem lub drogą dedukcji zachciało się tam zajrzeć. W ten oto sposób zarobiłem na napój złocisty. Nocka szybko się nie skończyła. Ponad 2 godziny przestaliśmy na pogawędkach z Basią. Pasowało by trochę organizmowi dać odpocząć i ok. 2:00 się rozchodzimy. Wpis na BS i w kimę.
Dawno mnie tam na rowerze nie było. Cały dzień minął na załatwiani różnych spraw. Dopiero wieczorem przyszła pora na bika. Dostaje telefon, że po 19:00 mam odebrać ze Szczakowej przesyłkę. Że po 19:00 to dziesięć po ruszam w trasę. Wbijam na drogę, a za mną leci koleś na szosie. Nim się rozbujałem to mnie wyprzedził. Ścigacz się załączył muza na słuchawkach i pogoń, dawno tak szybko na Mec nie wjechałem. Na krzyżówce odbijam na Lenartowicza, koleś na szosie również no to myślę, że jeszcze sobie za nim pogonię, ale odbił w boczną uliczkę no to już sam lecę po pakunek. Na liczniku do Porąbki +35 i tempo rosło teren zjazdowy. Dalej w Wiejską i na Juliusz, gdzie terenem od cmentarza skracam sobie trochę drogę i wzdłuż torów na Maczki. Jakoś mi się dobrze leci to znów na asfalcie podkręcam tempo i o 19:35 jestem u Klienta. Że znajomy chwila rozmowy i jadę dalej. Przez Maczki nie będę wracał bo nie lubię tą samą zwłaszcza, że jest alternatywa.
Ze Szczakowej lecę na Stałe nadal rozkopane, tutaj znów przerwa i odwiedziny Majki, z którą coś ostatnio ciężko się było spotkać. Również dziś za długo nie było gadki i podążam dalej w stronę Sosnowca. Od Niwki to slalom gigant jak chodzi o powrót. Zamiast odbić od razu na rondzie w stronę Dańdówki, to poleciałem prosto. Następnie Mikołajczyka do ronda na Ludwiku, gdzie ciągiem ulic 1 Maja, Sienkiewicza i Piłsudskiego do Mireckiego. Od stadionu MOSu sparing z autobusem i znów zmiana kierunku w prawo na Grota Roweckiego. Estakadą przedostaję się na Wawel i Narutowicza do 3 Maja. Jakoś do domu jeszcze Mi się nie chce to z 3 Maja wjeżdżam na rondka i w kierunku Plejady. Norwida wbijam się w Osiedle na Środuli. Trochę mi się pogmatwały ulice i wyjechałem trochę nie w tym miejscu co chciałem, ale co tam. Ulicą Prusa zmierzam już na Blachnickiego. Kumpel mnie mija i stwierdzam, że wyciulam go zetnę sobie drogę przez bloki i szybciej będę rowerem pod domem niż on autem mając po drodze przez sobą jeszcze 4 zestawy świateł. Docieramy prawie jednocześnie.
Pogoda dziś rewelacyjna wieczór ciepły więc można było sobie pozwolić na jazdę w blasku nocnych lamp. Noga też dobrze podawała i można było lepiej depnąć co widać po średniej. Co jutro hmmm na pewno do PTTKu, a co dalej się zobaczy.
Miała być setka, a plany poszły się rypać. Po wczorajszej jamprezie jakoś nic mi się nie chciało, a tym bardziej wcześnie wstawać i ruszać w trasę. Dogorywam do 10:00 nadrabiam wczorajszego wpisa. Kościółek jak to na przykładnego katolika wypada. Pora obiadu i chciałem się cmyknąć po cichutku, a tu tata wpadł na pomysł rodzinnego wypadu na rower. Padło na Kazimierz, Park Leśna i tam ruszyliśmy przez Zalane i Czarne Morze. Tam trochę czasu spędzamy i wracamy innymi zadupiami na Zagórze. Wieczorem dobijam kilometrów i jadę na spotkanie z Wilim na P3. Dziś jakiś totalny leń spotykamy się przy molo i tam statycznie spędzamy czas. Na radarze dostrzegam Łukasza (bandamkę dla wtajemniczonych) i dołącza do grona wzajemnej adoracji i gadania o totalnych głupotach. Żegnamy się z Łukaszem i w dwóch powrót pod dom. Z wielkich planów wyszedł totalny relaks i tak cała niedziela zleciała
Dzień pod znakiem organizacji wycieczki i innych zwariowanych rzeczy.
Wszyscy wróżyli niesprzyjające warunki, ja byłem jak zawsze dobrej myśli i pogoda powiedzmy wytrzymała z minimalnym zroszeniem zroszeniem na starcie i powrocie na stadion MOS-u. Pod domem umawiam się z Marcinem i razem z tatą jedziemy na miejsce zbiórki, niedługo po nas dociera Waldek i czwórka z Cyklozy jest w komplecie. Na 15 minut przed starem myślałem, że przyjdzie mi prowadzić 10 osobowy peleton, a koniec końców na 12:00 dotarło ponad 30 osób. Przywitanie przez Czasowników, ja dokładam parę słów na temat zasad i przebiegu trasy i ruszamy. Do ekipy pilotażowej dołącza właściwie zostaje zwerbowany Biko. Pierwsze główne skrzyżowanie zabezpiecza Policja. Dalej już sprawnie przemieszczaliśmy się szlakiem (w fazie tworzenia) na Trójkąt. Po drodze przy Rybaczówce i na samym trójkącie uczestnicy wycieczki - gracze mieli zadania specjalne przygotowane przez organizatora. Powrót podobną drogą z uwzględnieniem większej ilości asfaltów. Przed 15:00 docieramy z powrotem na stadion lekkoatletyczny, gdzie czekały inne konkurencje sprawnościowe.
Nasze zadanie wykonane więc opuszczamy stadion i za namową Waldka jedziemy na Klimontów na grillowanie przed marketem Aga. Po porcji karczku, pączku i złocistym napoju się rozdzielamy. Waldek zostaje u znajomych na Klimontowie, Marcin jedzie jeszcze z nami na Pekin skąd leci na Pogoń, a Ja z tatą do domu. Dzień się nie skończył, sobota telefon i już wieczór ustawiony w Studiu.
Z jamprezy wybywam coś po północy. Zanim się do domu doczłapałem to już przed 2:00 było. W planach był Jaroszowiec na dzisiaj ale rano czułem się by czołg po mnie przejechał i skończy się dziś na krótszej trasie.
Czemu pętelkowo, a bo tak jakoś same pętle kręciłem tu i tam. Zaczęło się od porannego kursu do Będzina odebrać zaproszenie na podziękowanie za pomoc przy TdP. Też parodia, żeby sobie osobiście odebrać zaproszenie ale co tam wsiadam na rower i do przodu najkrótszą drogą koło Makro i Decathlona, pod wiaduktem i kawałek Modrzejowską i już na miejscu. Przy okazji odbieram zaproszenia dla Ghostów. Poproszony zostałem o dostarczenie więc kurs na Słowiańską do Wiśni. W TSG zastaję Jolę przekazuję com otrzymał chwila pogaduch i jadę koło "hotelu" dla tych co za dużo wypiją i cmentarza do domu. Po drodze tel. na nową jazdę. Półgodziny przerwy i jadę pod Kiepurę na Patelnię spotkać się z Michałem jednym z adminów gry. Wspólnie pokonujemy jutrzejszą trasę na TTC ustalając szczegóły przejazdu. W trakcie przejazdu myślę sobie pasowało by podgonić naszych urzędasów, żeby wreszcie oznaczyli szlak, a tu surprise przy Magnetti na Mikołajczyka wstawiają już jedną z 7 tablic informacyjnych odnośnie szlaku więc już postępy. W drodze powrotnej wpadam przy tablicy na Pana Pawła z WDRu i konsultujemy postępy w pracy. Nawet "pozmiatali" syf przy dawnych zakładach Dudy i normalnie można przejechać nie obawiając się o leżący gruz i potłuczone szkło. Z Michałem wracamy pod Kiepurę i się żegnamy ja jeszcze zawijam do PTTKu po kamizelkę dla Waldka i po raz drugi do domu dziś. Wieczorem kolejna pętelka. Tym razem z Adim. Najpierw na Pekin i dalej proceduralnie na P3. Kręcimy aż 1 kółeczko wokół zbiornika i wpada na nas Wili na swym Ostrzaku. Odąsany żeśmy nie dali Mu znać, że będziemy. Przy barze pogawędka z Trelą i po raz 2 okrążamy zbiornik. Powrót przez Zieloną, trochę kręcenia się po parku Hallera i wracamy na Zagórze odwiedzić naszą ulubioną sklepową Justynę, gdzie czas nam ucieka i zawijamy do domu.
Pogoda do jazdy jakaś taka obojętna. Nie za ciepło nie za zimno, trochę z wiatrem trochę pod wiatr i na wieczór między kroplami drobno padającego deszczu. Generalnie nie najgorzej.
Jutro gra miejska, a w niedzielę lecę rowerkiem do Jaroszowca jak się plany nie zmienią.
Coś ten wrzesień nie za ciekawie się zaczyna jeszcze astronomiczne lato trwa, a za oknem 15 na plusie. Cały dzień praktycznie w domu przesiedziany. Dopiero popołudniu udaje się wyrwać na kręcenie. Pierwsza próba dopasować się z Limitem na wspólną jazdę nieudana, do Będzina odebrać jakieś podziękowania też sobie na jutro zostawiłem. Dopiero po 17:00 udaje się zgrać na gadulcu z Marcinem na kręcenie. Gdy swojego rumaka wyprowadzam wpadam na Adiego i również werbuję go na jazdę. Pod Orlenem już jesteśmy w komplecie. Plan chwilowy przejechać się, a zarazem pokazać Marcinowi trasę sobotniej wycieczki. Gdy już dotarliśmy pod Trójkąt nie było sensu wracać, burza mózgów i jedziemy na Kazimierz. Jak to ja idę za psa przewodnika i próbujemy się przedostać bokami. Faktem trochę zmieniłem trasę jaką zamierzaliśmy jechać i wyszedł totalny spontan jadąc za autobusem 150 docieramy na Bór pod CTL Maczki skąd przebijamy się lasem w kierunku Maczek, trochę znanymi i mniej znanymi leśnymi duktami brniemy przed siebie. Mając na uwadze spotkanie z porytymi psami, gdy tamte okolice penetrowałem z Limitem inną trasą niż wzdłuż Przemszy próbujemy ominąć ten odcinek trasy. Po licznych zmianach kierunku jazdy przebijaniu się przez piachy, połamane drzewa i inne wariactwa docieramy to przejścia pod torami skąd już drogę kojarzyłem. W lesie już ciemno przy pomocy lampek i tak odbijamy od czarnego szlaku i lądujemy w Długoszynie, ale jadąc za zielonym szlakiem docieramy do zamierzonej drogi prowadzącej do mostu granicznego na Białej Przemszy. Gdy już wydostajemy się z lasu zarzucam na siebie komplet odblaskowy (klubowa kamizelka i opaski) i jedziemy już asfaltem na Kazimierz, gdzie żegnamy się z Marcinem i w dwójkę lecimy na Dąbrowę. Adiego coś noga pobolewa i w Parku Hallera urządzamy sobie krótki spacerek, który skończył się tak, że z buta przyszliśmy na Zagórze. Wieczór miło spędzony
Jakoś dzień taki nie za specjalny, żeby nadać mu jakiś sensowny tytuł.
Pobudka dziś wcześniej niż zwykle po powrocie z urlopu - czyt. przed 10:00, wypad do piekarni i z tatą rowerkiem kręcimy na centrum Sosnowca pod Szpital nr 1 umówić na wizytę, terminy jak to w naszej służbie zdrowia odległe i dostaje dopiero na koniec listopada. Droga powrotna z kluczeniem pod działkę znajomego ale go nie zastajemy i do domu. Jedzie się jakoś nie za specjalnie, duchota i jakaś taka niechęć do wszystkiego. Po obiedzie gonię do PTTKu uzupełnić brakującą dokumentację klubową i objechać częściowo trasę jaką mam przygotować na Sobotę na grę miejską. Jak zwykle nie obędzie się bez częściowego blokowania ruchu ulicznego ale ma być to w ramach gry miejskiej więc niech się tym odpowiednie służby zajmą. Czasu mam jeszcze trochę więc załączam tryb szwędacz może wreszcie barierę 7 tyś pokonam, wpadam do Parku sieleckiego nikogo znajomego nie ma no to lecę dalej. Wbijam się na Narutowicza i Andersa jadę w stronę Dańdówki, tam pod nowy obiekt akademicki SUM i terenami na Kazimierz. Krążąc rozkopanymi alejkami w Parku Zielona (oficjalnie Park im. J. Kuronia) wpadam na Krzyśka i kolegę Krzyśka. Krótka wymiana zdań i każdy w swoją stronę. Planowałem jeszcze P3 ale nie wziąłem oświetlenia do tego wieczór chłodny, plany zmieniam i przez Las przebijam się do siebie na Zagórze. Do domu bezpośrednio nie trafiam, zupełnie przypadkiem docieram pod dom Łukasza, trochę pogaduch i koniec końców załapuję się na grilla i degustację swojskiego wina. Swoją drogą bardzo dobre. Zamierzonego celu co prawda nie zrealizowałem. Do bariery siedmiu tyś. pozostało jeszcze 20 km ale i tak dzień i wieczór miło spędzone.
Za dnia trochę kręcenia na rozgrzewkę załatwiając różne sprawy. Na początek do DG do Pogorii na większe zakupy, potem czas zleciał na kucharzeniu i szykowaniu obiadu 2,5 kg frytek do upieczenia. Po obiedzie chwila oddechu i z braćmi do Decathlona. Wychodząc z Dk zgadujemy się z Adim i w czwórkę kręcimy pod dom. 10 min do zbiórki z chłopakami. Byłem w stanie wyjść o czasie ale co by tradycji się stało zadość przyszedłem o 2 min spóźniony. Przywitanie i lecimy na Dąbrowę po resztę znajomych i pod molo na kolejną objazdową nockę rowerową wokół dąbrowskich jezior. Wybija 20:00 jak zwykle porozdzielaliśmy się w peletonie i wpadłem na ekipę z BS-a. Jacek dziś spełniał swoje rodzicielskie obowiązki i zabrał ze sobą syna. W gąszczu cyklistów początkowo wspólnie z Limitem, który też przy wjeździe do lasu przy P4 się stracił pilotowaliśmy szkraba. Na P3 dawał radę, a w lesie przez te piachy z km na km bateria mu się wyłączała i na Wojkowicach gdy wyjechaliśmy na asfalt Jacek decyduje się wziąć syna na hol. Patent pozwolił nam trochę nadgonić tempa ale i tak dotarliśmy prawie na końcu. Jak to mówią na gotowe. Grill rozpalony tylko kiełbaski usmażyć. Trochę pogaduch. Z niektórymi to się ponad miesiąc nie widziałem. Chłodno się robi więc nie siedzę jak na poprzednich do późnych godzin nocnych i zawijam się z ekipą przed 23:00. W drodze do domu na Centrum DG doganiam Jacka i odprowadzam Go pod Komisariat na Klimontowie. Młody to chyba dziś padnie jak śliwka oprócz 8 km kawałka asfaltu na P4 to całą drogę o własnych siłach jechał. Na jutro plany pokręcić coś więcej i dobić w końcu do 7 tyś, które liczyłem, że zrobię do końca sierpnia.
Świątek piątek czy niedziela na rower wyjść trzeba, a bynajmniej pasowało by. Realia są różne i nie zawsze się da. Weekend spędzony na weselu u rodziny i rower poszedł w odstawkę. Dziś z racji jakiegoś totalnego lenistwa dystans też skromny. Na początek na S-c sprawy po załatwiać i wieczorkiem w większym gronie kierunek Dąbrowa i standardowo P3. Szybka pętla wokół zbiornika trzymając tempo "ostrzaka" i Dydka. Trochę pogaduch i powrót na Zagórz.
Jutro zaś nocka zarwana i zaś pogoria i Nocka cykliczna po raz 4.
Cykloturysta z Sosnowca. Od najmłodszych lat zarażany Cyklozą. (w końcu mnie dopadło)
Współorganizator Zagłębiowskiej Masy Krytycznej i innych imprez rowerowych, były działacz w Akademickim Związku Sportowym, od 2011 Prezes Klubu Turystyki Rowerowej CYKLOZA przy sosnowieckim PTTK.
Największe dokonanie:
Wyprawa rowerowa Sosnowiec - Władysławowo - Sosnowiec (28.07-10.08.2012), 14 dni niezapomnianych wspomnień na dwóch kółkach,
nieco mniejsze dokonania:
21-24.07.2015 urlopowo Od Kielce po Lublin (Kielce, Kurozwęki, Ujazd, Sandomierz, Kazimierz Dolny, Nałęczów, Lublin)
17-23.08.2015 Rowerowy objazd dookoła Województwa Ślaskiego
11-17.07.2016 Po Kaszubskim Parku Krajobrazowym