Po urodzinowym lansie przed weekendowy grafik dość napięty. Delegacje jednodniowe ale i tak czas na bika zostaje. Wczoraj wypatrzyłem na forum duchów o ustawce na 17:00 myślałem, że uda mi się zdążyć ale rzeczywistość bywa brutalna, to przesiadka w kato się opóźniła do tego autobusu zero więc w domu dopiero po piątej byłem. Jakiś większy popas władowanie makaronu i innych cukrów i o 18:00 tel to Limita, jak tam ustawka i gdzie się kręcą. Nie było opcji się skorelować. Więc indywidualna jazda. Załączam w głowie szwędacza, maszyna losująca i wyszło na DG wbijam na drogę, krótki sprint by nogi rozgrzać i jestem na P3. Przejazd przez promenadę, a może się ktoś napatoczy, żadnej znanej twarzy więc jadę dalej. Kurs na Park Zielona, w parku singielkiem pod mostek na Przemszy. Na drugą stronę, trochę fajnego błotka i szok pod przystanek na Niepiekle wylali nowy asfalt. Kolejne terenowe odcinki zanikają. Co dalej. Skoro tu jestem przybrałem kierunek na Górę Siewierską, spodobało mi się fajne miejsce do medytacji i refleksji. Na Preczowie wbijam się w las, trochę modyfikując trasę co z Limitem jechałem. W efekcie wyjeżdżam przy boisku chyba już w Sarnowie, po lewej miałem tablice Będzina, a ja w prawo do świateł i przecinam krajówkę. W Psarach na wysokości Pizzerii pakuję się znów w teren. Tym razem jadę identyczną trasą (tylko w przeciwnym kierunku co miałem możliwość objazdówki z Edytą i Aśką oraz Limitem z Góry Siewierskiej) do Goląszy. Przy kapliczce w lewo lekko pod górę i jeszcze wyżej teraz w prawo i kręcę pod Brzękowice Wał nawet mi to bez żadnych trudów poszło. Chwila na panoramę i jeszcze wyżej najpierw pod wieżę telefoniczną i do punktu startu paralotniarzy. Tu mała przerwa, ku mojemu zdziwieniu tylko 23 km do tego miejsca. Patrząc na czasoumilacz, podążam do Rogoźnika z myślą, że gdzieś się spotkam z grupą ustawkową. W parku ich nie ma. No trudno jadę dalej. Przez Bobrowniki przedostaję się do Wojkowic koło domu Strażaka. Wpadłem na genialny pomysł przejechania jak najdłużej wzdłuż wałów rzeki granicznej BRYNICY, aż do Sosnowca gdzie wpływa do Przemszy. Początek zaczynał się fajnie, trochę błota, kamieni, trawy jeszcze w miarę. Potem z trawy zaczęła się większa trawa, kępy krzaków i pokrzyw więc po paru km taranowania zbijam na bok wylatując przy moście koło Przełajki. Chwilowo chaszczów miałem dosyć więc wpadam na asfalt. Potem znów teren i pod wały ile się dało, i tak parę razy na wał i obok niego docieram do Czeladzi koło Strusi. Tutaj przebijam się na drugą stronę 94 i nadal za rzeką podążam. Prawie 80% do Milowic jest w stanie się przedostać. Na Milowicach opuszczam rzekę na moment podkręcając tempo. Do rzeki dostaję się znów w Parku na Kresowej. Dalej bez problemu można koło rzeki jechać, no prawie trochę syfu i gruzu jest na wysokości starych zakładów Dudy. Ja nie wiem ten magistrat powinien jakieś kary nakładać i to konkretne na poczet miasta, za taki burdel, który od co najmniej roku tam zalega.
Dalej ścieżką koło oczyszczalni do Mikołajczyka.
Późna pora się już zrobiła i zapętlać już czas. Wiec załączam homologację opaski i inne bajery i zmierzam w kierunku Ludwika mijając po drodze paru batmanów. Ciemna ulica, sam ich ledwo widziałem, co dopiero blaszaki. MUSZĘ POMYŚLEĆ NAD JAKĄŚ AKCJĄ NA TEN TEMAT W KOŃCU. Na Narutowicza, odbijam na Kombajnistów i jeszcze dorzucam sobie premię specjalną podjazd pod Kukułek. Te górki się jakieś małe ostatnio wydają. Wypatruję krótki etap singielka między polami. Nie jechałem jeszcze tędy, ale podejrzewałem gdzie wyjadę i się nie pomyliłem. Wyskoczyłem na Zagórzu. Ostatni etap to już pofałdowana droga do domu od ronda JP II (zjazd i wjazd) rozpędzam bika i prościutko jak droga prowadzi na centrum Zagórza.
Wypadzik chodź dziś w teamie jednoosobowym i tak mile spędzony.
Dzisiejszy dzień to totalne lenistwo nawet nie miałem chęci za dużo na Biku kręcić. Cykloza jest tak zaawansowana, że jednak się skusiłem małe kółeczko zrobić.
Na Pekin po wypłatę, dalej przez Orion odbijam w kierunku Auchana, przez Józefów na Mydlice, rundka na Centrum DG i powrót na Zagórze.
Wieczorem browarek, mecz półfinałowy i oblewanie kolejnego roczku do przodu.
Podczas niedzielnego powrotu z Ogrodzieńca dogadaliśmy się z dziewczynami na wtorkowe kręcenie. Pomysł zyskał aprobatę i jako wypad padło na tereny wertepkowe na terenach Limita.
Mając trochę spraw na głowie, człowiek nie pracujący wiecznie zajęty dzwonię do Adama, że trochę się spóźnię. Nawet na dobre to wyszło, gdyż Asia też mogła do nas dołączyć. Tym razem Ja byłem dojeżdżającym, a nie jak dotąd Adam. Spotykamy się na Rynku w Czeladzi jest już Adam i Edyta, czekamy jeszcze chwilę na Joannę, która zaraz za mną dotarła. Chwila rozmowy i jedziemy. Z racji, gospodarza Adam prowadzi dzisiejszego tripa. Bocznymi drogami i kawałek żółtym szlakiem rowerowym dokręcamy do Grodźca. Dalej pod Przełajkę, gdzie tym razem od tej strony terenami jedziemy do Wojkowic. Chwila nieuwagi i zaliczam kolejną glebę na tyle delikatną, że obyło się bez szlifów na ciele. Terenem i dalej Klinkierem docieramy do Parku w Rogoźniku, gdzie w Restauracji "Amfiteatr" rozgrzewamy się kawą, herbatą kto co wolał. Dalszy plan to stanowisko paralotniarzy na Górze Siewierskiej, na kamienistym podjeździe Aśka, żeby nie być dłużna również zalicza bliskie spotkanie z ziemią. Na szczycie podziwiamy rozległą panoramą okolic. Powrót jak tradycyjnie przyjęliśmy inną drogą. Krążyliśmy jeszcze trochę zmierzając w kierunku Sosnowca, ale czas już gonił więc zmieniamy plany, przecinamy krajówkę i od (edit: SARNOWA) napędzam pociąg i lecimy przez Łagiszę, Będzin na Pogoń w Sosnowcu, gdzie odprowadzamy Edytę pod drzwi. Dalej do Centrum Sosnowca odprowadzając Asię. Pogaduchy na pożegnanie i lecimy na Zagórze. Myślałem, że jeszcze doholuję Limita pod Preczów, ale to On mnie pod dom podprowadza i się żegnamy.
Dzień, właściwie popołudnie miło spędzone nawet chłodny zimny wiatr w takim towarzystwie nie przeszkadzał. Dzięki za wspólną jazdę i do następnego.
Dziś tylko profilaktycznie. Adam dzwoni że będzie na Zagórzu i można by się gdzieś pokręcić. Podjeżdża do mnie i lecimy załatwiając parę spraw i gdzie głowa wymyśli. Przez Mydlice i Warpie jedziemy na Center Będzina do Meridy, gdzie Limit coś tam załatwiał. Nim wyszedł ze sklepu okazuje się, że muszę do domu wracać i nici z jazdy. Jedziemy jeszcze pod Optyka koło straży w Będzinie, gdzie się żegnamy i wracam koło Decathlona do domu.
Z dziennika pokładowego. Piątek 22 czerwca. Dzień jak co dzień rano sprawy urzędowe, po południe rowerowe. Do obiadu, nadrabiałem zaległości ze sprawozdaniem z dnia wczorajszego i przesiedziałem w serwisie u dziadka dłubiąc przy rowerach. Zawsze jakiś grosz wpadnie. Po obiedzie regeneracja sił w postaci leżakowania. Coś ostatnio wszystko mnie boli.Nie wiem czy to po tym upadku na Biku czy efekt jakiegoś choróbska, które chce mnie złapać.
Za dużo czasu nie było bo na 16:00 do oddziału na Cyklozowe ostanie zebranie przed wakacjami. Trochę mi się drzemka wydłużyła wiec zbieram się na równe nogi, po rower i w drogę. Okazuje się, że i tak docieram pierwszy Średnia na tym odcinku ponad 25km/h. Po czym się cała ekipa zebrała. Witamy w cyklozowym klubie ludzi pozytywnie zakręconych nowych członków Edytę i Marcina. Trochę właściwie ok 1,5 godz. upływa nam na sprawach klubowych. Po zebraniu jak już się u nas przyjęło organizujemy dla ludzi na rowerach objazdówkę celem lepszej integracji. Akurat więcej chętnych nie było więc w piątkę: Ja, Limit, Pablo, Marcin i Edyta. ruszamy w trasę. Początkowo Ja z Pablem wodzimy ludzi po trasie docierając przez Stawiki, Park Tysiąclecia , bulwar Brynicy do Czeladzi. Tam zabieram ekipę na trasę, którą odkryłem z Pawłem na ostatniej wspólnej jeździe i lądujemy przy rondzie na Piaskach. Paweł skręca na pogoń, a nam się szwędacz włączył.
Na rondzie odbijamy na M1 w planach zrodziła się P3, no to od M1 przez przez kładkę wjeżdżamy na Syberkę. Dalej do nerki i wzdłuż wałów na Pogorię. Docieramy pod molo i myślimy gdzie dalej. Nagle zjawia się Damian, zaraz za nim Cyklozowy człowiek Pan Rysiek, a po nim Dydku z Wilim i się grupka zrobiła konkretna. Zatrzymaliśmy ruch na deptaku. My tu gadu gadu, a wypadało by jechać dalej. Przetasowujemy się, Damian na Zagórze, Marcin na Pogoń, a chłopaki wąskooponiaści (czyt. Dydku z Wilim) dalej krążyli dookoła zbiornika wpadając na Ghostów. A my dalej w czwórkę Limit, Pan Rysiek, Edyta i Ja penetrować różne dziury. Tym razem Limit przejął dowództwo i nas prowadził. Wracamy się do Zielonej, gdzie przez mostek kręcimy na Preczów. Zawijka do Lasku, który wyprowadził nas do Sarnowa. Przecinamy krajówkę i w górę do Psar. Za kawałek odbijamy znów w teren lądując przy Lwie w Gródkowie. Dalej u podnóża Dorotki dojeżdżamy do Lasku Grodzieckiego. Adaś w końcu uświadomił mnie gdzie tam jest leśniczówka. Jeszcze chwilę razem i pora się rozłączać, jak to bywa szybko się nie dało pogaduchy, pogaduchy i jeszcze raz. Nareszcie się rozdzielamy. Limit zawijasami do domu, a My w drugim kierunku odprowadzając Panią na Pogoń. Przy stołówce się żegnamy, chłodno po rękach się robi i przykręcamy z kopyta. Przyznam, że miałem problemy nadążyć za Panem Ryśkiem. Jego 1,75, a moje 2,25 nie pozwalało na utrzymanie tempa na betonie
Wracamy do Ślimaka, robimy nawrót i przez 3 Maja pod Park na Środuli, gdzie przez Małe Zagórze do domów.
Miało być delikatnie i chyba było. Jutro Goczałkowice i atak na 200 km. Czy się uda dzień pokarze. DO Zobaczenia na SZLAKACH.
Opis nadrobię rano. Rozpisałem poemat i mi się usuneło bulewers idę w kimę.
Z dziennika pokładowego. Czwartek 21 czerwca, dzień jak co dzień oczywiście minął w rowerowym stylu.
Co prawda nie tak cały, a i tak fajnie minął. Od rana za porządki mnie wzięło w końcu musiałem ten pokój do ładu doprowadzić. W przerwie dzwonię do Limita jak tam mu nocka minęła w szpitalnych murach i kiedy go wypuszczają. Odpowiedź była zadowalająca, na szczęście bez żadnych komplikacji za niedługo wychodzi i będzie później na Zagórzu jak będę dyspozycyjny to możemy się spotkać i podsumować środowe bliskie spotkanie z blaszakiem. Nie przyszło mi do głowy, że przyjedzie na biku. W sumie dla ludzi z CYKLOZą to w sumie nie wypadało myśleć inaczej. Pierwsza próba wyciągnięcia mnie na bika się nie powiodła, bo przypadło na mnie, by obiad ugotować. Całe szczęście, że zmywanie mnie ominęło. Druga próba już była lepsza bo wracałem z przychodni i już nie miałem żadnych zobowiązań. Ustawiamy się u mnie pod blokiem, po drodze napatoczyłem się na Dydka, chwilę gadamy i zjawia się Adam - jak na bliskie spotkanie z samochodem to cało wyglądał, jedyne co to plaster zakrywający drobny uraz na czole.
Przepakowuję plecak i jedziemy. Pierwszy pitstop dość, szybko. Szpitalna dieta wygłodziła poszkodowanego więc wylądowaliśmy w Da Grasso przy rondzie Merkury. Po degustacji podkręcamy pod Antykwariat i dołącza do nas Wili na swoim ostrzaku. Wspólnie jedziemy jeszcze na P3. Od mola skręcamy w lewo i do przystani na Niepiekle jedziemy jeszcze w czwórkę. Dydku z Wilim krązą dalej wokół zbiornika, a Ja wyciągłem Adama na fragment trasy niedzielnej wycieczki do Ogrodzieńca. Udajemy się lasem wogół P4 na Ujejsce. Tam szlakiem rowerowym na Sikorkę, następnie pod Bugaj, gdzie zmierzamy na Tucznawę. Pod remizą postój - tankowanie do chłodnicy i jedziemy dalej polnym szlakiem pod Błędów. Z racji, że jesteśmy na terytorium Kosmy to do niej dzwonimy, a rydz może się dołączy do naszego teamu i się gdzieś pokręcimy. Okazuje się, że my u niej, a Monia wydaje wypłatę w jednym z sosnowieckich marketów.
No nic pora wracać, Adam tu cyt. " Ja to chyba faktycznie zdrowo musiałem się jebnąć w dekiel skoro, zaraz po wyjściu od 100 km przejadę". Wiec, żeby nie być gołosłownym ten cel realizujemy. Przez Łosień do Ząbkowic. Z tamtąd do Tucznawy, przez Bugaj wjeżdżamy na trzebiesławickie wzniesienia. Chwila postoju wyrównanie płynów i szczytem przez Las wkraczamy do Trzebiesławic. Dalej to asfaltem pod szuter prowadzący do Siewierza. Nagle włącza się szwędacz i zamiast szutrem do Podwarpia, to jedziemy dalej w górę na Zawarpie. Odkrywam ciekawą budowę, którą nie omieszkamy uwiecznić na fotografii. No to ja robiłem za tło do budowli.
WIATRAK NA ZAWARPIU.
Zmierzamy dalej w nieznane, trafiamy pod krzyżówkę na DK 86 w rejonie Podwarpia. Dalej wertepami do Wojkowic Kościelnych. Stąd prowadzenie przejmuje Limit. Przekraczamy krajówkę i jedziemy do Przeczyc. Nieznanymi mi drogami i polami docieramy od drogiej strony do Psar. Gdzie chwilę zatrzymuję się u Adama.
Następnie już samemu w planach kręcę w stronę domu lekkim objazdem, aby dobić do 100. Z racji pory kończenia dniówki mojego taty, zmierzam najpierw na Milowice przez Wojkowice i Czeladź. Pod Timkenem jestem z 10 min zapasem czasu. Na liczniku widzę, że jednak nie uda się bariery pobić. Czekam na tatę i już razem przez Pogoń i Wawel wracamy do Domu.
Także wyszła taka niedorobiona 100 ale i tak miło spędzone popołudnie. Poza tym nareszcie przekroczyłem 3000 w tym roku. Założyłem sobie przejechać 4 klocki przed sierpniowym wyjazdem wakacyjnym oczywiście rowerem nad morze.
Jutro delikatna objazdówka po zebraniu Cyklozy, a jak będzie okaże się w piątkowym sprawozdaniu.
Z dziennika pokładowego. 20 czerwca. Od rana pełne ręce roboty ciąg dalszy przy dłubaniu zapasowego bika Taty. Gdy się z tym uporałem większość czasu do obiadu spędziłem na bikeserwisie u Dziadka pomagając mu przy robocie, a przy okazji czegoś nowego się nauczyć.
W między czasie dostaje dziwnego smsa od Limita, pisze że w drodze do Pracy miał bliskie spotkanie z blaszakiem i leży na obserwacji w szpitalu w Czeladzi. Biorę za telefon dopytując się co się stało i czy jest cały. Całe szczęście nie miał poważnych obrażeń bynajmniej przez tel tak twierdził i że jak wszystko przez noc będzie w porządku to go rano wypuszczą. Nie dopisuję szczegółów bo nie znam ich na tyle i mógłbym coś przekręcić. Jak wyjdzie pewnie zapoda o tym na BS.
Po obiedzie trochę serfowania po necie wchodzę na forum Ghostów na którym to Karina napisała o wypadzie jak nie będzie padać.
Jak zwykle spóźniony jadę na wyznaczone spotkanie, grupa mi uciekła, spotkaliśmy się przy Orlenie na Centrum Czeladzi. Dalej już w składzie Ja, Karina Hadzis, Niecki i Włodek jedziemy już razem. Pogoda z dupy chmury się gdzieniegdzie pokazują ale deszczu nie ma. Duchota straszna ale i tak tempo trzymaliśmy ok 30 km/h. Trasą obok Szpitala jedziemy do Wojkowic, gdzie na wysokości parku skręcamy w prawo na Rogoźnik. Na trasie Karina debiutuje na SPDach co się później okazuje zalicza dwie niegroźne gleby. Przy stawach na Rogoźniku postój Duchy kosztują zimne dopalacze, a ja z racji dawki 2 przeciwbólowych tabletów tylko własnej produkcji napojem zaspokajałem pragnienie. Po odpoczynku i fotografii dokumentacyjnej(jak dostanę to zamieszczę) objeżdżamy zbiornik. Terenowa trasa z przeszkodami połączona z jazdą na SPD kończy się upadkami. O 20:00 Karina miała spotkanie w Czeladzi więc dalej już nie kręciliśmy. Drogę powrotną prowadzę Ja zwalniając co jakiś czas odbierając tel. od ludzi zainteresowanych niedzielną wycieczką do Ogrodzieńca. Żeby nie było cały czas asfaltem to prowadzę grupę przez Bobrowniki do Wojkowic, gdzie odbijamy w teren co odkryliśmy z Limitem na któreś ze wspólnych wypadów prowadzącym do drogi na Przełajkę. Miałem niecny plan pociągnąć ich jeszcze terenem przez Grodziec, ale że czas gonił no to drogą do Czeladzi. Żegnamy się z Kariną, chłopaki przodem pojechali, a ja spokojnym tempem za nimi. Pod M1 tel. do Łukasza czy na rower czasem się nie wybiera, ale wrócił z roboty i nic mu się nie chciało. Nad Dorotką zawisła burzowa chmura, która wędrowała w moim kierunku.No to jej uciekam. Z tyłu M1 asfaltem do świateł, przecinam 86 i podjazd na Syberkę. Za Bleckiem w prawo na 12% zjazd na Małobądzką, gdzie zmierzam ku wisience. Docieram chłopaki już są no to chwilę zamieniam parę zdań. Burza zbiera na sile więc zwijam się na chatę. Pod domem okazuje się, że tylko postraszyło, parę razy konkretnie zagrzmiało i tyle z tego było.
Jutro najprawdopodobniej zakup nowego rumaka.Jaki pozostawiam narazie dla siebie.
Rano pobudka od Hadzisa, myślę co on chce o tej porze (9:00). Okazało się, że dziś wypada odbiór zezwoleń na kierowanie ruchem. Dobrze, że przypomniał. Jakieś szybkie śniadanko, zbieram rower i najszybciej koło Decathlona do Będzina, gdzie to w Urzędzie Miasta wydawali owe zezwolenia. Powrót przed Warpie do Dąbrowy, trochę błąkam się po parku Hallera i do domu tacie przy rowerze porobić. Po obiedzie w planie dalsza część błąkania się tym razem po sklepach rowerowym.
cdn. nastąpi wieczorem.
Z racji uzupełniania bloga i innych spraw w domu dość późno po obiedzie na sklepy wyskoczyłem dość późno do tego jeszcze do PTTK załatwić parę spraw. Po 16:00 do Oddziału przyjeżdża Paweł i razem uderzamy na Katowice po penetrować tamtejszy rynek rowerowy. Najpierw przez Szopki pod Uniwerek Ekonomiczny, gdzie nawijamy się wzdłuż DK 86 na dolinkę 3 stawów delektując się roznegliżowaną płcią piękną docieramy do GO Sportu. Nic nie znajdujemy ciekawego, z drugiej strony w CUBEach też nic na moją kieszeń. Dalej trochę po Centrum, coś z Treka może ale szukam dalej. Przerwa pod żabką na uzupełnienie elekrolitów. Wlewam w siebie O,5 jogurta, przepijając izotonikiem. Paliwo zatankowane. Kręcąc po uliczkach nie znajdujemy już więcej otwartych bikeshopów. No nic pora wracać. Docieramy pod spodek. Rozkmina wybór trasy powrotnej wypadło na Siemce. Wiec obok Spodka na Petlę Słoneczną i dalej za drogę do Siemianowic. Przed Bańgowem w prawo na rondku i kierujemy się na skrót co to Limitem go odkryliśmy wracając z kwietniowej masy z Zabrza. Docieramy do Czeladzi pod Pałac Saturna. Plan był taki by obok cmentarza skręcić na drogę prowadzącą do Sosnowca. Trochę nam się pomajgało i zamiast tam pojechaliśmy drogą w kierunku Milowic. Jadąc tamtędy odkryłem, że w pewnym momencie na wzniesienie prowadzi jeden z szlaków czeladzkich. Wiec zbijamy z asfaltu i tudzież tym szlakiem docieramy na Piaski. Pod Lidlem w lewo i przez osiedle Dziekana jedziemy na Pogoń do Pawła. Patrzę na zegarek (w liczniku - do zwykłego mam jakiego pecha, albo zgubię, albo się popsuje) godzina do końca dniówki mojego staruszka. Zsanie się włączyło więc bunkrujemy się u Pawła i kosztujemy dużą pizzę przepijając browarkiem i oglądając pierwszą połowę meczu Anglia - Ukraina.
22:00 się zbliża więc podchodzimy z Pawłem pod Timkena z oczekiwaniem na Tatę. Trochę pogaduch odprowadzamy kawałek Pawła i dalej już rowerkiem do domu.
Jurto kolejny dzień szukania i wyboru najlepszej oferty bika zaspokajającego moje potrzeby.
Dzień się zaczął specyficznie, gdyż musiałem sprostować sprawy związane z wycieczką do Ogrodzieńca. Całe przedpołudnie układałem trasę, regulamin i program oraz trzeba było powiadomić zainteresowanych o nagłej zmianie terminu i wycieczka odbędzie się w niedzielę. Gdy emocje już opadły obiadek. Telefon dostaję, że kurs do Jaworzna z przesyłką się szykuje. Po pracy zadzwoniła Karina, okazało się, że w końcu znalazł się czas na wspólną przejażdżkę. Przedstawiam mój plan i ustawiamy się paręnaście minut później pod halą na Zagórzu. Chwila pogaduch i ruszamy przez Las Zagórski, Kazimierz, Maczki na Szczakową, gdzie na 18:00 musiałem dowieść paczkę. Docieramy nadając co chwilę sobie zmiany i gdzie się dało to obok siebie na miejsce parę minut przed czasem. Chwilowo pozostawiam partnerkę dzisiejszego wypadu i lecę na 4 piętro przekazać pakunek. Nie było już dalej planów więc zakręcamy do Biedronki po napój do chłodnicy. 1,5L butelkę niegazowanej wlaliśmy w siebie. Mi przypadła ta większa połowa butelki do wyzerowania. Po tankowaniu na Sosinę. Tam pętelka wokół zbiornika i przez płyty wracamy na Maczki po drodze pokazując nasze schrony co to się w nich jak partyzantka chowaliśmy przed deszczem (fotografia z tego miejsca w opisie majowym "majówka z CYKLOZą")
Od Maczek jedziemy terenem wzdłuż torów na Juliusz. Dalej na Klimontów. Za niebieskimi czyt. Komisariatem skręcamy przez Fińskie domki na Zagórze pod plac Papieski. Następnie przecinamy rondo, Zaruskiego przez 3 magiczne rondka na Środulę. Wisienki z racji już braku czasu nie zahaczamy więc obok "hotelu" dla lubiących za dużo wypić docieramy do Będzina. Odprowadzam Panią jeszcze pod drzwi na Syberce. Chodziło mi jeszcze uderzyć gdzieś dalej, ale od tego słońca jakoś już mi się szwędacz nie włączył. Żeby ominąć podjazdy pod Warpie nadkładam trochę drogi skręcając na Wały i jadę na Zieloną. Podkręcam tempo i bateria wytrzymała dosłownie do Centrum Sportów Letnich. Zapłon odłączyło i już na rezerwach najkrótszą drogą przez Korzeniec, Centrum i Park Hallera do domu.
Popołudnie bardzo udane dystans minimalny pow. 50 zrobiony, a najważniejsze w jakim towarzystwie. Jutro ciąg dalszy poszukiwania new Bika
Dziś miał być post od bika bynajmniej od dłuższej jazdy, z przyczyn znów napiętego grafiku. Niespodziewanie telefon od Limita i dogadujemy się, że obydwóm w planach chodził Decathlon po głowie. No to korzystając z wolnej chwili tam się udałem. Trochę zakupów i penetrowanie rowerowego działu. Po wszystkim wychodzimy ze sklepu, spoglądam na zegarek jeszcze trochę czasu mam więc jedziemy pod Real na Katowickiej, gdzie odbywał się festyn militarny. Niestety załapaliśmy się już na koniec. W ramach pocieszenia załapaliśmy się na moment jak jeden z pojazdów bojowych ładowany jest na lawetę. Widowisko fajne, chodź krótkie, uroku dodaje fakt, że za sterami tego pojazdu kierowała płeć piękna. Plan był jeszcze uderzyć na pogę lub Kazimierz ale czas gonił. Więc za cmentarzem wbijamy w Lasek Zagórski wylatując na Dmowskiego, gdzie jeszcze kawałek zamiast tłucz się asfaltem pojechaliśmy przez działki. Pod domem żegnam się z Limitem i wracam do swoich zajęć. Wieczorem też nic nie pojeździłem bo z dobrej nieprzymusowej woli podróż do Goczałkowic braci odholować mi przyszła.
Cykloturysta z Sosnowca. Od najmłodszych lat zarażany Cyklozą. (w końcu mnie dopadło)
Współorganizator Zagłębiowskiej Masy Krytycznej i innych imprez rowerowych, były działacz w Akademickim Związku Sportowym, od 2011 Prezes Klubu Turystyki Rowerowej CYKLOZA przy sosnowieckim PTTK.
Największe dokonanie:
Wyprawa rowerowa Sosnowiec - Władysławowo - Sosnowiec (28.07-10.08.2012), 14 dni niezapomnianych wspomnień na dwóch kółkach,
nieco mniejsze dokonania:
21-24.07.2015 urlopowo Od Kielce po Lublin (Kielce, Kurozwęki, Ujazd, Sandomierz, Kazimierz Dolny, Nałęczów, Lublin)
17-23.08.2015 Rowerowy objazd dookoła Województwa Ślaskiego
11-17.07.2016 Po Kaszubskim Parku Krajobrazowym