Zabryniczne heh w sumie to codziennie przekraczam "magiczną" rzekę w czasie dojazdu do pracy, a dziś w sumie jeden z nielicznych dni w tym miesiącu, żeby przekroczyć dystans 50 km i spotkać się z paroma znajomymi.
W sumie dzień pod znakiem zapytania czyli zobaczymy jak się aura pogodowa kreuje na sobotę. Trochę pochmurno, trochę chłodno ale decyduję się na kręcenie. Telefon do Patyka i po 11:00 spotykamy się koło mnie na Zagórzu. Kierunek Katowice - kolejna edycja rajdu rowerowego ścieżkami miasta. Trochę mi się godziny rozpoczęcia poprzestawiały więc żwawym tempem udajemy się na jedno z kilku miejsc zapisów rozlokowanych po Katowicach - na punkt przy pomniku Zientka. Trasa dojazdu do Kato generalnie przy DK 86. Na miejscu organizatorki uświadamiają mnie że zapisy od 13 i start o 14:00, a nie jak sobie to przyswoiłem 12-13:00. Zapisujemy się z Patykiem. Niebawem zjawia się Kocur z Olą i Paweł. Trasa z tego punktu miała raptem 3 km ale o integracjone w tej imprezie chodzi. Na mecie w Campingu 215 przy D3S przydział żywnościowy (kiełbaska z grilla z cebulką, herbatka, losowanie nagród. Dobra passa się skończyła i tym razem żaden z losowanych bików nie trafił jak to miało miejsce na dwóch poprzednich w rękę kogoś z S-ca. Aha na mecie dołączają do nas kolejni klubowicze jadący z innych punktów Darek, Pablo, Andrzej i Teresa,
Po wylosowaniu wszystkich nagród w mniejszej grupce prowadzeni przez Darka jedziemy dalej biesiadować tym razem na Janów Miejski do Mysłowic. Tam na placu szkolnym odbywały się atrakcje związane z Dniami Janowa. Posileni słodkościami kręcimy do kolejnego punktu w Mysłowicach niestety tam jakoś tak drętwo i wracamy na Janów. Po Światełku do Nieba, opuszczamy z Patykiem naszych znajomych i w dwóch wracamy. Po drodze przymusowy postój przy BP i kręcimy na Pogoń do jednego takiego sklepu skąd już na Mec.
Ostatnia dniówka tego tygodnia. Stała procedura poranna plus do sakwy ładuję parę dokumentów klubowych. Poranki chłodne więc zakładam kolejną warstwę termo na plecy. Poupadkowe bóle powoli przestają doskwierać. Droga ogólnie bez większych problemów nawet udało się załapać na zieloną falę.
Po pracy prosto na spotkanie klubowe. A nim sporo atrakcji nominacja nowej klubowiczki cyklozowiczki witamy Monia w naszych szeregach. Podziękowania, dyplomy oraz wspomnienia z wakacyjnych wypraw. Czas szybko leci, a treści bogate w barwne opowieści i foto prezentacje. Z trzech zaplanowanych wysłuchaliśmy wystąpienia Waldka z podbijania Gruzińskich terenów. Reszta na kolejne spotkania.
Nocne niebo przykryło Sosnowiec więc powoli zbieramy się. Zamykam biuro i się rozjeżdżamy. Jedni na samochody inni rowerami. Limit kręci na Milowice, a Ja z Kosmą i Tomkiem kręcimy na Zagórze. Odprowadzam ich do granicy miasta skąd już sami na Łosień, a ja nawrót do domu.
Plan na jutro jeśli aura będzie znośna kierunek Katowice -> Rajd rowerowy Ścieżkami miasta Katowice.
Dziś pogoda nijaka, ale najważniejsze, że nie pada. Po wczorajszym gleboupadkowi wstaję lekko obolały, gdzieś jednak te mięśnia się obiły o zol. Najbardziej kark i klata. Trochę ponaciągania i się szykuję.
Wyjazd w oknie czasowym. Bryy chłodne, rześkie wrześniowe powietrze. Ogrzewanie słabe w rowerze, ale przy górce środulskiej już zdążyłem się w miarę rozgrzać. Dziwnie tak jakoś bez komputera pokładowego. Na lewy pas nie mam co liczyć więc spokojnie bez pośpiechu kręcę prawym otwartym pasem.
Standardowo od Sielca w stosunku do kierowców szły różne epitety. Tak to jest jak ta czterokołowa elyta jeździ na pamięć nie patrząc na znaki objazdu. Na Centrum przy fiskusie kolejna blondi driverka nie mogła się zdecydować (parking czy jazda) blokując mi tor jazdy wreszcie udaje mi się ją minąć i kontynuować drogę.
Po pracy dziś normalnie się udało skończyć to jadę na poszukiwanie nowego bike pomiaru. Na początek bo najbliżej do Koodzy, przy okazji ogarnąć czy są jakieś wyprzedaże. Nic nie upolowałem więc turlam się bokami przez Dąbrówkę, Milowice do Reala przy DK 86. Tutaj udaje się zakupić brakujący element. Wychodząc z marketu podziwiam tęczę nad miastem znaczy się gdzieś chyba pada. Z Reala do Oddziału przygotować parę rzeczy na piątkowe spotkanie klubowe, skąd już prosto na Zagórze. Deszczu udało mi się uniknąć. Na Dęblińskiej suche asfalty, a przejechałem w rejon Patelni, a tu kałuże, mokry bruk. Tu jednak musiało solidnie popadać.
Ah co za tydzień raz słońce raz deszcz. Dziś słonecznie więc rowerkiem do roboty. Wyjazd w oknie czasowym i już 7:35 byłem na światłach przy Makro. Pierwsze kilometry pokonuje się sprawnie trochę chłodno. Szwankujący licznik się unormował i można było kontrolować prędkość.
Nie wiem co to dziś jest, że taki ruch na 3 Maja o tej porze. Na pas zamknięty dla ruchu nie miałem się co pakować bo co chwilę jak nie koparka to żwir, nowe podkłady pod tory więc jadę zatłoczonym prawym pasem w kierunku centrum. Podczepiam się za pracowniczym busem i tnę ok 45km/h nie biorąc poprawki że asfalt jest jeszcze mokry i w przypadku nagłego hamowania może być problem. Tak też się stało. Bus redukcja prędkości, a ja na nieszczęście po hamulcach tylne koło zaczyna mi tańcować i czuję że chyba szybko się nie zatrzymam. W prawo nie ucieknę, przede mną bus z paką jedynie by się ratować zostało uciec na zamknięty lewy pas. Lecz nie mogłem już uciec i przy pomocy pachołka momentalnie się zatrzymuję przy okazji lecąc na ziemię. Dziś się kask przydał. Bo słyszałem jak obtarłem o drogę. Całe szczęście upadek w miarę kontrolowany i skończyło się na lekkiej zdartej polichromii przy łokciu, naciągniętym nadgarstku i doszczętnie zniszczonym liczniku.
Po oględzinach roweru i cała. Nie pozostało mi nic innego jak zebrać się w dalszą drogę do roboty.
Dziś znów dłużej w robocie z powodu dostawy więc by nie wracać na firmę rower na pakę i po dostawie do domku.
Kolejny tydzień czas zacząć. Wczorajsze ciuchy mokre out do pralki dziś drugi awaryjny długi zestaw ciuchów. Trochę mi się przysypia i trzeba było dać sobie na przyśpieszenie. W efekcie z domu wybywam coś koło 8:48.
Trasa standardowa. Pomimo mokrej nawierzchni kręciło się nawet nawet.
Pomiar szacowany, gdyż licznik coś mnie w ciula robi i się resetuje chyba już pora baterię zmienić.
Dniówka 8 h się wydłuża do 12 h poprzez dostawy i powrót Trafikiem z bikem na pace.
Ot się człowiek zebrał na rower w niedzielne popołudnie. Wszystko fajnie by było gdyby nie przemoczyło do suchej nitki.
Po sfutrowaniu obiadu i wymianie dętek w meridzie (jak na złość z przodu i z tyłu różnej wielkości dziury się zrobiły) wypadzik na popołudniową przejażdżkę po okolicy w kierunku bliżej nie określone Nie wiem. :D. Ogarnięty kręcę na Kazimierz wyciągnąć Patyka. Po szaleństwach sobotniej nocy opornie mu szło ale się zebrał. Na początek do Parku Leśna wreszcie Kangur wyszedł z domku. Dalej trochę przedzierania się dawno nie odwiedzonymi ścieżynkami w lesie zagórskim i wylatujemy na Staszicu w rejonie Reala, skąd kręcimy na Pogorię. Za Urzędem Miasta wpadamy na Freja, chwila pogawętki i się żegnamy zmierzając dalej pod molo, a tam zbiorowisko kilkunastu luda. Co się okazało pożegnanie Filipa [*] puszczając przy tym lampiony w deszczowe niebo. Nie znałem osoby. Ciemno się zrobiło mżawka nie ustaje, więc się zbieramy w drogę powrotną. A tu jak nazłość mżawka przerodziła się w ulewny deszcz. Docierając pod Real przy DK94 byliśmy już totalnie mokrzy. Wchodzimy do środka się chwilę zagrzać. Deszcz nie ustaje więc decyduję się wezwać na pomoc brata by podjechał po nas autkiem. Kombi to da radę nas dwóch zabrać.
Kolejna okazja by wskoczyć na koło. Pobudka standardowo jak do roboty, ale z racji dwudniowej trasy z dostawami od Katowic przez Warszawę do Gdańska, na Szczecin i z powrotem dziś wolne i załatwiam inne sprawunki.
Za oknem ni jak, hmm w Katowicach muszę być przed 8:00 rower czy bus - nie pada wybór oczywisty dwa kółka zestaw na długo i w drogę.
Trasą przez 3 Maja, Stawiki, Borki, wzdłuż DK 86 ląduję w Katowicach, trochę kluczenia w celu znalezienia właściwego adresu, daleko szukałem a obiekt znajduje się przy Urzędzie Wojewódzkim.
Z racji wczesnej pory udaje się szybko załatwić formalności i zbieram się z drogę powrotną. Trochę zaginając trasę. Wybieram wariant kombinowany próbując ścieżkami rowerowymi dostać się na Szopki. Nawet mi się to udaje. Na chwilę zakręcam na firmę dopompować przednie koło bo coś mało tego luftu i odkrywam, że mam dość sporą dziurę w oponie no i w dętce minimalną przez którą powoli uciekało powietrze. Po mimo wszechtrąbionego pechowego dnia udaje mi się kontynuować jazdę bez wymiany dętki. Naginając jeszcze przez Hubertusa, Naftową, Wawel, Kukułek na Zagórze.
Chyba już swoje wykręciłem w tym roku, a bynajmniej koniec jazdy z taką częstotliwością jak od początku roku.
Weekend bez roweru spędzony w robocie, całe dwa dni przesiedziane na Summer Cars Party na Muchowcu, kto mnie odwiedził miał okazję przetestować na własnej skórze właściwości masujących fotelików.
Poniedziałek wolne od roboty ale w zamian dzień przeleciał na wizytach w Służbie Zdrowia. Zaczęło się od Ligoty potem sporo czasu więc z buta przez Hałdę Załęską na Tysiąclecie do następnej Poradni. Taki skromny 1.5 h spacerek.
Dziś wreszcie powrót na koło. Pobudka jakość tak dziwnie przed budzikiem i na nogach już po 6:00 więc kupa czasu do wyjścia. Spoglądam za okno, a tam biało; albo śnieg albo przyjdzie mi jechać w gęstej mgle. Warunki na drodze ograniczające widoczność więc wyjazd na spokojnie 10 min przed normalnym wyjazdem. Zestaw ubraniowy na długo plus czapeczka pod kask.
Trasa na Morawę standardową trasą. Faktem trochę na zwężce zygzakiem trzeba było jechać i ewakuować się z zamkniętego lewego pasa z uwagi na wyłaniające się z mgły jadące z przeciwka koparki.
Z biegiem dnia mgła się straciła i pojawiło się słoneczko. Powrót już w lżejszym wariancie ubraniowym lekkim objazdem przez Stawy Hubertus, odcinek czerwonego szlaku od Ostrogórskiej do Mikołajczyka. Dalej zawijam zobaczyć czy Waldi walczy na działce ale go nie ma więc już od Dańdówki prosto do domku.
Po południu mała dokrętka po zaopatrzenie większozakupowe do Reala i z powrotem. W obu przypadkach na pusto DO i pełnymi sakwami Z 2 km etapy sparingów z wąskimi oponkami. To by było na tyle rowerowych harców znów dwa dni w trasie. Może w weekend coś się wymyśli.
Według prognoz jak i stanu pogodowego kolejny bezchmurny dzionek. Bez większego leżakowania w domu wyjazd do roboty w oknie czasowym, w sumie można rzec o tej samej porze co wczoraj. Zestaw ubraniowy długo - krótki.
Jakaś sprzyjająca karma. Dojazd bez większych ekscesów w dodatku wrażenie miałem, że jadę jakoś tak opornie, a tu na Morawie szok, jestem 3 min przed czasem. Heh rekord średniej znów pobity na 10 km średnia prędkość wyniosła 29,7 z czasem dojazdu 20 min i V-max 43,8. Może był by i lepszy jakby graniczna droga do Szopienic była o lepszej nawierzchni.
Po robocie zdecydowanie wolniejszym tempem do PTTK i do domku na futrunek. Po relaksacji i uzupełnieniu kalorii nocna rundka po okolicy dobić do 7 klocków. Jakoś nigdzie indziej nie chce mi się kręcić więc standardowo kierunek dąbrowskie kałuże. Przez Zieloną na P4. Ścieżką na Piekło i nawrót na P3. Kręcę się chwilę pod Molo i nawrót powrotny na Zagórze.
Dziś znów dzień wolnego - dniem do nadrabiania domowych sprawunków. Korzystając z czasu relaksu w wyrku byczę się do 10:00. Co za dużo to i krowa nie chce więc powoli rozkręcam się do działania.
Futrunek śniadaniowy, ogarnąć co tam w necie słychać i uzupełnić relację z sobotniej wycieczki. Przy pochłaniaczu czasu zlatują kolejne godziny.Uporawszy się z jednym małe zakupy i obiadowanie naleśnikowe, które rzecz jasna trzeba było sobie upiecz. Posilony ok. 18:00 wybywam w teren tak o. Na początek trochę terenem po lesie zagórskim, którym docieram na Kazimierz. Czekając na Patyka kręcę sobie rundki po parku. Pogaduchy na skateparku i analiza tablicy i szlaku Lasu Zagórskiego, który urząd niedawno oddał, ale szlak ma wiele do życzenia. Gdy już słońce się schowało i temperatura spadała do około 10 stopni ruszamy każdy w swoją stronę. By dobić do 50 ruszam objazdem na DG. Okrążęnie wokoł zbiornika i powrót na Zagórze.
Cykloturysta z Sosnowca. Od najmłodszych lat zarażany Cyklozą. (w końcu mnie dopadło)
Współorganizator Zagłębiowskiej Masy Krytycznej i innych imprez rowerowych, były działacz w Akademickim Związku Sportowym, od 2011 Prezes Klubu Turystyki Rowerowej CYKLOZA przy sosnowieckim PTTK.
Największe dokonanie:
Wyprawa rowerowa Sosnowiec - Władysławowo - Sosnowiec (28.07-10.08.2012), 14 dni niezapomnianych wspomnień na dwóch kółkach,
nieco mniejsze dokonania:
21-24.07.2015 urlopowo Od Kielce po Lublin (Kielce, Kurozwęki, Ujazd, Sandomierz, Kazimierz Dolny, Nałęczów, Lublin)
17-23.08.2015 Rowerowy objazd dookoła Województwa Ślaskiego
11-17.07.2016 Po Kaszubskim Parku Krajobrazowym