Człowiek jak rano dupska z wyra nie podniesie, to potem na wszystko czasu brakuje i nic po myśli nie idzie.
Dziś jazda tylko do Reala zakupić młodemu bika, co by miał na czym jeździć. Z poprzedniego już wyrósł. Miałem jeszcze zakręcić na Łosień do Kosmodomu, ale już na to brakło czasu.
Dziś taki nietypowy dzień. Z racji nałożenia się kilku ważnych spraw w życiu klubowym za namową Limita zwołałem specjalne spotkanie klubowe, a żeby było niecodziennie to spotkanie w plenerze.
Z rana czynię sprawy różne. Wybija 15:00 wrzucam w siebie obiadek i zasuwam do Oddziału. Zamiast na Marko tym razem postanowiłem jechać przez Mec. Po tych górkach i dwóch dniach odpoczynku wjazdu na Mec nawet nie odczułem.
Na Dęblińskiej jestem kwadrans przed godziną zbiórki. Wpadam do biura pozałatwiać trochę sprawunków. Dzwoni Kocur, że jest na dole. Nim się ogarnąłem wlazł na górę i tak przesiedzieliśmy do 16:00. Już mamy wychodzić, spoglądam przez okno, a tam ku zaskoczeniu i spontanicznemu ogłoszeniu stawia się prawie cały skład.
Przywitanko, wybieramy wariant jazdy. Pada na Park Śląski. Rozpędzamy maszyny i prowadząc grupę jedziemy do wyznaczonego spontanicznego celu. Przez Stawiki, Borki, Dąbrówkę i Siemce docieramy do Parku. W okolicach ZOO zasiadamy na trawce i obgadujemy przyszłe plany oraz wspominamy to co w okresie wakacyjnym udało się zrealizować. Chyba przerzucę zebrania w biurze, na zebrania plenerowe jak tak frekwencja będzie dopisywać.
Pora wracać do macierzy, bo większość co prawda po pracy, ale niektórzy na nockę mieli. Limit odłącza się od razu, Kotek się traci zaraz za Silesią. Resztę składu prowadzę slalomem przez Bogucice na Dąbrówkę, aby wskoczyć na Burowiec i Morawę. Na końcu Szopienic odbijają Mario z Maćkiem, a resztę załogi z Adim odwozimy dalej. Przelatujemy przez Stawy Hubertus i kawałek ciągniemy szlakiem Pogranicza do ul. Mikołajczyka. Tam się żegnamy z Darkiem, Pawłem i Andrzejem, którzy odbiją na Mysłowice. Na Pawiaku odbija Ela, następie odstawiamy Waldiego. W dwójkę z Adim kręcimy na centrum spotkać się jeszcze z Krzyśkiem, którego spotkanie ominęło, bo siedział w pracy.
Ssanie się włącza, przycumujemy przy Pomniku Kiepury wszamając po kebsie i ruszamy w kierunku Szpitala Wojewódzkiego. Po drodze dzwoni Krzysiek, że już wyjechał z pracy i jedzie w naszym kierunku. Na wysokości akademików wpadamy na siebie. Chwilę gadamy i odstawimy Krzycha na Legionów pod dom. Wszyscy odholowani i dogadani. Z Adrianem na koniec się żegnamy i każdy kręci w swoim kierunku na kwadrat. Co jak co, ale po raz kolejny na spontana mile spędzony dzionek.
Ostatni z zaplanowanych dni na przejazd pętli. Pobudka przed 6:00, oprócz budzika limitowego, za budzenie zabrały się kozy, barany, osioł i kogut. Było zabawnie. Łóżka takie wygodne, że w ogóle nie chciało się wstawać.
Mieliśmy ruszyć przed 8:00, ale zostaliśmy jeszcze na porze karmienia zwierzyny. Jak tylko popas dostały skończyło się to błogie larum.
Żegnamy się i ruszamy 8 km jedną długą prostą do Klasztoru Sióstr Dominikanek na Świętej Annie, gdzie łapię pierwszą z dzisiejszych pieczątek (potwierdzeń).
Ten dzień to praktycznie przeloty od PK do PK. Z Anny przed Dąbrowę Zieloną jedziemy do wsi Radoszewnica. Nic tu nie ma oprócz odremontowanego Pałacu znajdującego się w prywatnych rękach. Sklepy pozamykane o ile były. Dopiero łapiemy PK na rynku w Koniecpolu. Popas i kręcimy do Nakła. Gdzie zatrzymujemy się przy kościele św. Mikołaja. Akurat trafiam na proboszcza, pieczątkę przybija, piątkę na drogę i jedziemy w poszukiwaniu Pałacu. Znaleziony obiekt obecnie służy jako hotel i jest w prywatnych rękach. Powoli jest odrestaurowywany. Z Nakła lądujemy w Szczekocinach.
Podbijam się kwiaciarni. Robimy zakup popasowy i za miastem zasiadamy na łączce ładując akumulatory. Żeby tak nie wiało kręcimy przez lasy. Jednak szuter czasem zmienia się w sypkie podłoże i tam też się nieprzyjemnie kręci.
Dolatując do mieściny Łany Wielkie po krótkiej drzemce. Limit łapie się króliczka, mnie kolano zaczyna doskwierać i odpuszczam pogoń. Po chwili i Adam odpuszcza widząc, że zostałem z tyłu. Nieco spokojniejszym tempem docieramy do Żarnowca. Jak na złość na plebanii nikogo i to w niedzielę, sklepy na rynku pozamykane. Kawałek dalej znajduję dwa, ale pieczątek nie mają dopiero za trzecim razem otrzymuję pieczątkę.
Śmigamy do Pilicy. Gdzieś mam przypływ siły jak zobaczyłem pierwsze wzniesienia. Nim się oglądamy docieramy na Rynek i zasiadamy w już sprawdzonej Pizzerii. Nim się pizza zrobiła korzystam z okazji i podbijam się w Żabce. Wracam, a Limit niesie dużą jak stół przy którym siedzimy pizzę hawajską. Bierzemy się za futrunek. Brzuszki napełnione. Telefon do Moni, że ją dziś nawiedzimy i ruszamy. Jakoś te pagórki między Pilicą, a Podzamczem gładko poszły. Stempelek na zamku i lecimy do Niegowonic. Do Mitręgi zjazd i wspinamy się na Kromołowiec. Wyprzedzam króliczka i kręcę żwawo pod górę. Za nami ciągnie się sznurek samochodziarzy wracających z Jury.Krótka przerwa na potwierdzenie z drugiej strony wzniesienia i kręcimy na Łosień - Łosień, dzielnica DG będąca obowiązkowym punktem zaliczeniowym do odznaki. Innej opcji nie było jak tylko zakończyć pętlę w Kosmicznej Bazie. Monia przybija swoją Norkową pieczęć na moim i limitowym kajecie.
Przy lampce szampana obgadujemy nasz przejazd. Nim się oglądamy robi się ciemno. Żegnamy się i śmigamy na kwaterunki. Rozkręcamy maszyny i jadąc wzdłuż Huty Katowice wylatujemy na Gołonogu. Zwrot na Zieloną. Wspólne foto na zakończenie i każdy w swoją stronę.
Najzimniejszy poranek jak dotąd. Po rozmowach z kierownikiem dyżurnym, wynikało, że ekipa budzikowa wyjedzie nam na spotkanie. Jak zwykle start nam się opóźnia. W sumie dzisiaj to za sprawą smarowania napędów. Focimy bazę noclegową oraz sąsiadujący z nią drewniany mały kościółek po czym ruszamy w dalszą podróż wokół województwa.
Z Pawełków kręcimy do Sierakowa Śląskiego, który jest na liście PK. Po drodze w Ciasnej próbujemy się podbić w Urzędzie Gminy. Jednak nie wziąłem pod uwagę, że dziś już sobota. W Sierakowie tuż przy DK 11 łapię pieczątkę w jednym z lokalnych sklepów.
Łączymy się z Mariuszem jak tam mu droga idzie. A dwie lokomotywy Mario i Robredo od 5 rano już śmigają w naszym kierunku. Zmawiamy się w Przystajni, gdzie mamy kolejne PK. Jednak nam strasznie wiatr daje popalić, opóźniając przy tym drogę. Coś dziś nam ta jazda idzie od rana opornie. Nim się doturlaliśmy do Przystajni, chłopaki już dawno zdążyli ostygnąć. Ukręcając od rana już stówkę. Drogi nam się krzyżują, my dalej na północ, a Mariusz z Robertem w dół. Miłe spotkanie na trasie przyszło zakończyć. Za to, że im się chciało otrzymują od nas mapę województwa. Chłopaki lecą na Dobrodzień, a stempel w sklepie na rynku i dalej z Limitem kręcimy swoje.
Rozkręcamy maszyny i lecimy na Starokrzepice. W tą stronę się jechało trochę lżej, bo wiatr mieliśmy zza pleców. Bardzo ładny mają kościół. Plebana przy sobocie też nie użyczę, kończy się na pieczątce w sklepie ogrodniczym. Pora na Parzymiechy brodatego.
W plebanii zamknięte, czyżby Limita się bali. Znów podbijamy się w sklepie i gonimy dalej. Stacja pośrednia Danków. Ruiny zamku o których mapa mówiła okazały się jedynie fragmentami murów obronnych na których obecnie znajduje się Sanktuarium Maryjne.
Kierujemy się do Popowa. Znów płaskie odcinki przyprawiają Limita o poziom mega irytacji. Do tego przez chwilę zaczyna na nas pokrapywać. 70 km zrobione rozglądamy się za lokalem pojeniowym. Natrafiamy na takowy w Zawadach. Restauracja Wczasowa, może i z zewnątrz i w środku wyglądała jak by się czas na PRL-u zatrzymał zaspokoiła nasze żołądki.
Z kolejnym zapasem energetycznym udajemy się do wsi Borowa. Tutaj nawet sklepu nie ma. Mają kościół, ale pleban gdzieś wybył i panie sprzątające odesłały nas do Sołtysa. Jak się okazuje całkiem niedawno ktoś na rowerach również u pana zagościł.
Z Borowej wzdłuż Jeziora Ostrowskiego udajemy się do kolejnej wsi Ostrowy. Tutaj znów sklep i gonimy do Mykanowa. Już była szansa podbić się u Strażaków z OSP, ale Komendanta, akurat nie było, a on trzyma pieczęć jednostki. Padło znów na lokalny sklep. Uzupełniamy zapasy żywnościowe we wsiowym Lewiatanie i kierujemy się do kolejnego PK - Gminy Kruszyna.
Tutaj naszym oczom ukazał się masywny XVI - wieczny kościół, a za nim w remoncie Pałac Denhoffa. Udaje się trafić akurat na koniec mszy i mogłem zobaczyć budowlę sakralną od środka. Po zwiedzeniu udaję się na plebanię po pieczątkę parafialną. Chwilę porozmawialiśmy o historii kościoła.
Z Kruszyny to już prosto na Świętą Annę. Jedak na dziś nie osiągalne. Po raz kolejny uśmiecham się do Martynki o pomoc. Ciężko było, ale udaje się odnaleźć nocleg w gospodarstwie agroturystycznym w Garnku. Dzwonimy, jest miejsce, ale znów zapytanie czy nam nie będzie przeszkadzał hałas imprezy osiemnastkowej. Pytanie retoryczne, jedziemy.
Na noclegu zaś po zmroku. Ale stąd to już na spokojnie zdążymy całość objechać do końca.
Chwilę przed 8:00 pozbierani ruszamy dalej. Plan zrealizowania objazdu do soboty nam się nie powiedzie, ale przychodzą myśli, że i planowo nie niedzieli się nie wyrobimy. Plan był dociągnąć pod Krzepice, jednak nam się nie udało.
Opuszczamy Kuźnię i jedziemy do Rud. Z rana wiatru jeszcze nie ma to i ten chłodek poranny nie przeszkadza. Informacja w Rudach otwarta dopiero o 9:00. Czekać półgodziny nie ma sensu. Łapiemy pieczątki w Nadleśnictwie i na Stacji Kolejki Wąskotorowej wliczanej również do Odznaki Turysta Ziemi Raciborskiej. Chcący zrealizować plan dotarcia jak najwyżej na północą część województwa jedziemy dalej. Chwilę jedziemy leśnymi duktami, ale z sakwą jazd idzie opornie bo korzenie, piach. W efekcie w Stanicach wpadamy na asfalt i kręcimy do Pilchowic. Przerwa zakupowa plus stemplowanie w Gminie.
Następny punkt kontrolny to miejscowość Sierakowice. Po przejechaniu Smolnicy i Sośnicowic ukazuje nam się kolejny drewniany kościół w Sierakowicach. Po sfoceniu obiektu kręcimy się po mieścinie w poszukiwaniu, gdzie tu się podbić. Nic nie znajdujemy z czerwoną tabliczką i lądujemy z powrotem przy kościółku, gdzie po rozmowie po co i dla kogo otrzymujemy pieczęć z nazwą miejscowości. Z resztą praktycznie do końca wyprawy w większości przypadków pieczątki łapałem w sklepach.
Wrzucamy coś na ruszt i kierujemy się do Rachowic, gdzie znajduje się kolejny drewniany kościół. Stamtąd udajemy się do Wsi Łącza. Na wlocie do mieściny rzuca mi się napis Pałacyk Leśny - zapraszamy rowerzystów. W oddali widać restaurację. Podjeżdżam może moją jaką ładną pieczątkę. Niestety nie, ale mają zwykłą z nazwą miejscowości. W sumie nam to wystarczy. Jedziemy dalej. Zakręcamy jeszcze zobaczyć kościół. Tym razem murowany. Kręcimy do Rudzińca, gdzie znajdujemy kolejny drewniany kościół. Kilka foto i śmigamy do Chechła po kolejną pieczątkę z PK. Nawiedzam jeden ze sklepów i otrzymuję stempelek. Z Chechła kierujemy się do PK - Bycina. Po drodze oglądamy z zewnątrz kościół w Poniszowicach. W Bycinie łapiemy pieczątkę z Restauracji w której już Limit miał okazję obiadować. Sprawdzony lokal, to i tym razem zasiadamy na obiadowanie. Krzepic już raczej nie osiągniemy. Po obiadowaniu ruszamy do Toszka. To już moja kolejna wizyta na dziedzińcu zamkowym. Limit po raz pierwszy. Łapiemy stempel na zamku i lecimy dalej.
Kolejny PK - to wieś Dąbrówka. Docieramy na centralny plac, gdzie łapię pieczątkę w sklepie. W tył zwrot i kierujemy się do Wielowsi. Na długich prostych przez pola wiatr znów dał nam w kość. Pod Urzędem Gminy jesteśmy już po zamknięciu. W Kościele Msza, to pleban zajęty więc znów sklep i kierujemy się do Potępy. Znów pieczątka w sklepie i jedziemy na Krupski Młyn. Wrzucamy w siebie resztki jadła z sakw i kręcimy do Lublińca. Wpadamy na DK 11 i mamy już ciągnąć asfaltem, ale przypomniało mi się, że wzdłuż wyremontowanej jedenastki biegnie między drzewami szutrowa ścieżka rowerowa. Na pierwszym możliwym zjeździe odbijamy na nią i bezkolizyjnie z dala od samochodów lecimy do kolejnego PK. Przypadkowym trafem zamiast na ryneczek trafiamy pod Pocztę. Trzy minuty do zamknięcia. Wpadam z Kajetami. Dzień dobry i udaje się rzutem na taśmę łapnąć stempel. 20:00 wybiła patrzę na mapę i przypomniałem sobie, że Paweł wspominał mi o noclegu w Schronisku PTSM w Pawełkach.
Dzwonię do Martynki, co by mi podesłała namiary. Dzwonimy, spanie jest i nie drogie, ale Pani wspomniała, że odbywa się tam impreza osiemnastkowa, jak nam nie będzie przeszkadzało to zaprasza. Piąty dzień zmagań, kto tam będzie myślał, że głośno. Zaklepane. Robimy zakupy w Lublińcu i po sznurku prowadzeni przez Garmina po nocy docieramy do Schroniska Pawełek. Impreza w kameralnym gronie jak się okazało. Nam absolutnie nie przeszkadzała. Jak człowiek oczy przymknął to rano otworzył.
Dziś jakoś to wstawanie gładko poszło i przed 8 już jesteśmy na kółkach. Rześko z rana. Z Gorzyczek udajemy się do Chałupek po kolejne potwierdzenie z PK. W Olzie na postoju przy sklepie podsuwam Limitowi pomysł suszenia ręcznika na superbohatera. Nie sądziłem, że na to pójdzie, ale przewiązał sobie ręcznik tworząc swojego rodzaju pelerynę i tak jechał do samych Chałupek. Fotki na przejściu granicznym, pieczątki w Pałacu i na Poczcie. Z Chałupek kręcimy przez Krzyżanowice do Tworkowa, gdzie podbijam kajety w punkcie pocztowym oraz udajemy się pod ruiny Zamku. Brama zamknięta, za ogrodzenia widać, że trwają jakieś prace remontowe. Już mamy jechać dalej, aż tu zaczepia nas pani czy byśmy nie chcieli zwiedzić ruin. Jest możliwość czemu nie. Łapiemy dodatkową pieczątkę i kręcimy się między robotnikami. Pora na nas. Następny punkt Krzanowice. Z PK nie było problemu, bo Urząd Miasta otwarty i mogłem się podbić w sekretariacie.
Na długich prostych między polami wiatr daje się nam we znaki. Jak już pieczęć pozyskałem, zasiadamy na rynku na popas drugośniadaniowy, a może już trzeci. Nie pamiętam co chwilę coś się na ząb wrzucało.
Akumulatory naładowane. Rzeźbimy dalej kilometry. Przez Pietraszyn docieramy do Pietrowic Wielkich, tu krótki postój na zakupy pieczątki w Punkcie Pocztowym i Urzędzie Gminy. Następnie musieliśmy dotrzeć do Raciborza. Niby 10 km, ale przez ten silny wiatr w twarzoczaszkę droga dłużyła się niesamowicie i kosztowała nas sporo energii. Jak tak będzie wiało to daleko nie pociągniemy.
W Raciborzu zatrzymujemy się na nico dłuższą chwilę. Podbijam kajety w informacji i kierujemy się do PTTK. Obiecywałem Panu Staszkowi, że dojadę do Raciborza. Okazja się wreszcie nadarzyła. Szukając budynku Oddziału, szczęśliwym trafem wpadam akurat na Pana Stanisława idącego do Oddziału. 79 lat na karku, ale nad aktywny działacz i przewodnik turystyczny. Zasiadamy na kawkę, nabywamy książeczki Odznaki Turysta Ziemi Raciborskiej i wymieniamy się wspomnieniami z różnych wycieczek po Polsce. Z racji, że niektóre miejscowości przez które dziś przejechaliśmy, znajdują się na liście punktów zaliczeniowych gospodarz podbija nam zaliczenie tych punktów. Kawka wypita, zostawiamy rowery jeszcze na chwilę i idziemy zwiedzić Muzeum Raciborskie. Żegnamy się i znów z polecenia podążamy pod Magistrat, gdzie w podziemiach mieści się Restauracja "Swojskie Jadło". Dwudaniowy obiad znów nas napełnił na dalszą drogę. Wychodzimy na zewnątrz i zaczepia nas Radny z którym wymieniamy się uwagami nt. infrastruktury rowerowej. Od niego też dowiaduję się, że organizują raz do roku Raciborską Masę Krytyczną. Pora na nas żegnamy się i kierujemy się do kolejnego PK - Nędza. Jedziemy tam przez Rezerwat Łężczok, bardzo ciekawe miejsce pod względem krajobrazowym. W Nędzy jednak się nie podbijamy. Nie przyszło mi do głowy iść do sklepu po stempel.Z resztą zmęczenie dawało już się we znaki i powoli organizm domagał się odpoczynku. Z Nędzy udajemy się do Wsi Turze, gdzie trafiam do Pani Sołtys, która podbija nam pieczątkę na znak, że tu dotarliśmy. Powoli zaczynamy rozglądać się za spaniem. Pani Sołtys wspomniała, że u nich w przyszłym roku szykują bazę noclegową z przystanią nad rzeką Rudą, a najbliższe obiekty noclegowe to Kuźnia Raciborska. Tam też przybraliśmy azymut. Robimy zakupy popasowe, a ja dzwonię do Maryny z prośbą zlokalizowania obiektu. Wymęczeni tą szarpaniną z wiatrem docieramy do Hotelu "Gracja", gdzie udaje nam się przebunkrować do rana.
Kolejny dzień ze wzniesieniami. Spakowani ok. 8:00 rozpoczynamy kolejny dzień zmagań. Azymut Jaworzynka. Korzystam ze wskazówki Pawła i ze Zwardonia kierujemy się na drogę, którą nam polecił. Równoległa droga przez lasy do drogi wojewódzkiej 943. Najpierw trochę rzeźbienia pod górę, by zjechać pod Jaworzynkę i znów pod górę, by dojechać do Trójstyku. Kiedyś tam strefa graniczna, teraz przechodzisz, gdzie chcesz bez żadnej obawy i kontroli granicznej. W drodze powrotnej z Trójstyku, udaje mi się załatwić ładną pieczątkę w sklepie z pamiątkami. Śmigamy do Istebnej. Widzisz siodło, ale z impetem się nie wbijesz bo na dole rondo i od początku pod ścianę trzeba rzeźbić. Nogi pracują mi wyśmienicie na podjazdach, aż się sam dziwię. Łapię pieczątkę w punkcie i, chwila oddechu i kręcimy na Przełęcz Kubalonka. Przez Szczytem foto kolejnego drewnianego kościoła i przy Sanatorium, w barze Beczka się podbijamy i suniemy serpentynami do Wisły. Tą drogę też znam to mogłem sobie pozwolić na nieco pewniejszy zjazd. Docieramy do centrum Wisły. Podbitki w Muzeum i Informacji oraz ściana płaczu i uzupełnienie budżetu. No można powiedzieć, że góry zaliczone. Z Wisły lecimy wzdłuż Wiślanej Trasy Rowerowej do Ustronia. Nagle trach, awaria - poszła Limitowi linka od tylnej przerzutki. Szyderczy poszedł w ruch, po czym bierzemy się za naprawę.
Troszkę minutek nam uciekło na naprawie. Jazda kontrolna wszytko działa to śmigamy do centrum. Ja podbijam dodatkowo książeczkę ze szlaku zab. techniki w Muzeum Ustońskim i objazdowe w punkcie i na rynku.
Gdybyśmy nie mieli obsuwy czasowej pewnie by się skończyło, że byśmy zaliczyli jeszcze Równicę, ale tą przyjemność innym razem. Z Ustronia kręcimy bocznymi drogami do Cieszyna. Ostatni raz tu byłem 2011 roku, kiedy to z sosnowieckim PTTK przyjechałem na Wojewódzki Zlot Oddziałów PTTK. Podbijamy się w Informacji i kręcimy do PTTK w odwiedziny. Tam też się podbijam, a że już pora obiadowa podpytuję się o sprawdzony lokal. Zostaję skierowany na ul. Limanowskiego, gdzie mieści się Restauracja "Obiady jak u Mamy". Nisko budżetowo, ale po raz kolejny smaczne i do syta. Posileni ruszamy w dalszą drogę,
Opuszczamy Cieszyn i kierujemy się do kolejnego PK Zebrzydowice. Po drodze postój w Kaczycach przy kolejnym drewnianym kościele. Od tego momentu przez kolejne dni zaczyna dawać się nam we znaki zimny wiatr ze wschodu. W Zebrzydowicach jesteśmy już w godzinach, gdzie Urzędy nie pracują. Udaje się złapać potwierdzenie u księdza w Parafii Wniebowzięcia NMP. Chcący nadgonić nieco kilometrów omijamy Jastrzębie Zdrój, które nie jest obowiązkowym PK i ścinamy drogę przez Marklowice, gdzie wpadamy na chwilę do Czechów, by wyskoczyć znów w macierzy w miejscowości Skrbeńsko. Na granicy znajduję 2 groszówkę z 1939 roku. W Gołkowicach natrafiamy na przydrożny drewniany kościół św. Anny. Pieczątka jest ogólnodostępna dla nawiedzających obiekt podbijamy się i jedziemy do Godowa, gdzie znajduje się kolejny PK. Jednak nie ma tu gdzie się podbić. Dzień chyli się ku końcowi. Spoglądam na mapę, gdzie tu się można zakotwiczyć. Limit obdzwania klubowiczów i z pomocą przychodzi Paweł, który podrzuca nam namiary na nocleg w Gorzyczkach. Stwierdzamy, że jedziemy w ciemno - środek tygodnia nie powinno być problemu. Zajeżdżamy na miejsce, a tu nie za ciekawa informacja. Pokój wstępnie zarezerwowany na jakieś firmy i mamy jakiś kwadrans niepewności czy dojadą. Zaczyna się szukanie awaryjne, w tych rejonach za dużo bazy noclegowej nie ma. Po niecałym kwadransie mamy zielone światło. Firma nie dojedzie przez co my korzystamy z gościny w już sprawdzonym noclegu.
Dzień drugi zmagań. Pogoda dziś zdecydowanie lepsza niż wczoraj. Start nieco nam się opóźnia, jakoś się tak nie możemy ogarnąć. W efekcie zamiast o 7:00 ruszamy z około półgodzinnym poślizgiem. W sumie na dobre się to zdało. Zjeżdżamy z Kozubnika do centrum Porąbki w celu dodatkowych zakupów oraz stempla. Czekam chwilę na otwarcie i udaje się do punktu pocztowego po pieczątkę.
Ogarnięci wreszcie udajemy się w dalszą trasę. W czasie wieczornego omawiana trasy przejazdu rzucam hasło wjazdu na Żar. W sumie jeszcze mnie tam nie było, a skoro mamy ją pod nosem wprowadzamy pomysł w czyn.
Przelatujemy Międzybrodzie Bialskie i zjeżdżamy na Żywieckie, skąd rozpoczyna się wjazd na Górę. Dla wyjadacza Limita, już góra znana, a ja miałem dobrą rozgrzewkę przed tym co nas jeszcze tego dnia czekało. Na szczyt docieram drugi. Swoim tempem z sakwami po kolei wspinałem się na poziom 761 m.n.p.m. podziwiając widoczki i analizując zakręty. Na szczycie pieczęć, foto dla potomnych i napawanie się rozległą panoramą. No to pierwszy szczyt mam zaliczony. Wjechał to i pora zjechać. Limit zapobiegawczo na zakrętach zostaje z tyłu, a ja sunę na ile rower pozwala. Jednak mając na uwadze obciążone tylne koło nie przesadzałem ze ścinaniem zakrętów.
Według regulaminu następnym PK był Rychwałd. Tam się też udajemy. Za Czernichowem odbijamy na Łękawicę, gdzie łapię dodatkową pieczęć w Urzędzie Gminy i sprawnie docieramy do Rychwałdu. Podjeżdżamy pod Sanktuarium. Przed wejściem siedzi Ojciec Zakonny. Z racji, że jest to punkt na Szlaku Jakubowym otrzymuję błogosławieństwo na dalszą drogę, ale pieczątki nie ma. Odesłany podążyłem do Domu Formacyjnego, gdzie pieczęć łapię. Śmigamy dalej. Z Rychwałdu ruszamy boczą drogą do Rychwałdku. Boczna droga okazała się krótszą, ale z miodzio podjazdem. Ten mi lepiej poszedł niż Limitowi. Potem miodzio zjazd i ścinając główną drogę terenem i bocznymi drogami docieramy do PK Jeleśnia. Tą mieścinę już znałem z ubiegłego roku jak byłem tu na delegacji z firmy. Uzupełniam budżet w placówce PKO i śmigamy do rynku. Podjeżdżamy pod Urząd Gminy, gdzie mieści się punkt I. Stempelek i zawracamy do Starej Karczmy na posiłek regeneracyjny. Klimatyczne miejsce i ceny nawet nie odstraszające. Dziś szef kuchni poleca żurek i zapiekana pierś z kurczaka z pomidorem, ogórkiem i żółtym serem. Nim zasiedliśmy do obiadowania, nad górami dostrzegliśmy niepokojące chmury. Jednak jak już brzuszki się napełniły po raz kolejny do syta, gdzieś się rozeszły. Po posiłku stempelek, a co.
Z Jeleśni przybieramy cel Węgierska Górka, jako kolejny PK. Nim tam dotarliśmy przelecieliśmy przez Sopotnię Małą i zaczęliśmy wspinaczkę do Juszczyny. Skąd już praktycznie zjazd do Cięciny. Na horyzoncie panorama Beskidu Śląskiego ze Skrzycznem i Baranią Górą. W Węgierskiej trochę się motamy ze znalezieniem informacji turystycznej. Cel jednak osiągnięty. Co mnie zaskoczyło to czas pracy do 21:00. Podbijamy się i kierujemy się dalej. Po kolei Milówka i Rajcza z postojami na dodatkowe pieczątki w punktach i. Dzień chyli się ku końcowi. Z Rajczy odbijamy na Sól i podążamy do Zwardonia, gdzie będziemy się na dziś kotwiczyć. W Lalikach przy stacji PKP, garmin proponuje nam drogę "skrót" do Zwardonia. Zapowiada się obiecująco. Gdyż już na początku tej drogi widnieje znak C - 18 (Nakaz używania łańcuchów antypoślizgowych). Spoglądamy jeden na drugiego - co jedziemy - no pewnie. Po przejechaniu torów przed nami ukazuje się dość spory podjazd asfaltem co prawda, ale dość wymagający. Miodzio. Wychodzimy z wirażu, a tu po horyzont ciąg dalszy wspinaczki. Myślimy za tym domem będzie koniec. Yhmm. Sytuacja jeszcze dwukrotnie się powtarza. Wreszcie docieramy pod górną stację wyciągu na Małym Rachowcu. Chwila oddechu i zjeżdżamy. Kawałek jeszcze w miarę, ale bezpośrednio do Centrum Zwardonia czekał prawie, że pionowy zjazd po płytach. W połowie musiałem stanąć po vałki zaczęły wydawać nieprzyjemny zapach. Podjeżdżamy do lokalnego Lewiatana na zakupy i po zaciągnięciu języka lądujemy na kwaterze AGAT. Oj dały mi te górki w kość, ale co podjazd to idzie lepiej.
Oj tego mi było trzeba. Od czasu wyprawy nad Bałtyk w 2012 roku, dopiero teraz mogłem sobie pozwolić na dłuższe wyjazdy po Polsce. W lipcu wyprałem się na parę dni pozwiedzać na rowerze Świętokrzyskie i Lubelskie z Martyną. Na drugą część urlopu w sierpniu zaproponowałem tygodniowy wyjazd na pętlę dookoła Województwa Śląskiego w ramach Cyklicznego Wypadu w Polskę.
Pomysł na wyjazd właściwie podsunęli mi Paweł, który pętlę zaczął robić przed nami, ale na raty przez kolejne weekend robił określone etapy oraz Darek, który już tą odznakę zweryfikował.
Na propozycję wypadu odpowiedział jedynie Limit, reszta nie miała już na tyle urlopu lub z inkszych przyczyn nie mogła jechać.
Z racji, że w niedzielę jeszcze człowiek do późna pracował, pakowanie przyszło na ostatnią chwilę. Nim się ze wszystkim uporałem na zegarze 2 w nocy. Myślę no ładnie 4 godziny snu. Nie wiem, czy jakieś emocje, czy wskoczyłem w dobrą fazę snu, bo po 6 jak przyszło wstać nawet wypoczęty się czułem.
Minuty lecą tak szybko, wrzucam w siebie lekkie śniadanie i gonię pod DorJana , gdzie umówiłem się Adamem. Jestem pierwszy, ale chyba tylko dlatego, że miałem niecały kilometr do punktu startowego. Po kwadransie zjawia się i Limit, który również jak ja miał oporny start.
Z lekkim poślizgiem wreszcie ruszamy. Z Zagórza kierujemy się na Maczki, trochę terenowymi skrótami, ale głównie trzymamy się asfaltu. Z sakwami w terenie nie ma opcji podgonić. Jeszcze na Juliuszu zauważamy niesprzyjające chmury. Hmmm myślę sobie może jednak ICM się mylił i deszcz nas nie złapie. Wdrapując się na podjazd pod Szczakową łapią nas pierwsze krople, które na szczycie przeradzają się w rzęsisty deszcz. Chronimy się pod wiatą przystankową. Jednak ICM się nie mylił. Po przyodzianiu odzieży przeciwdeszczowej ruszamy w kierunku Geosfery. Po przejechaniu 2 km znów się deszcz rozkręca i po raz drugi dokujemy się na kolejne minuty pod wiatę przystankową. Ehh ledwo start, a tu jak na złość kapryśna aura. Kolejne minuty uciekły. Jak przestało marasić kręcimy kolejne kilometry do Centrum Jaworzna, gdzie znów się zatrzymujemy oczekując jak przestanie padać. Limit zakupuje kajet na pieczątki z punktów kontrolnych. Z racji, że Jaworzno jest na naszej trasie pierwszym punktem, to nim pojechaliśmy dalej podbijamy się w Bibliotece na Rynku i w PTTK-u oraz wrzucamy w siebie po drożdżówce. W drodze na Jeleń wreszcie robi się jakaś sensowa pogoda. Przelatujemy przez ryneczek w Jeleniu i udajemy do kolejnego PK. Przelatując bokiem Imielin, następnie Lędziny docieramy do Bierunia Starego. Na rynku kilka minut postoju, kiedy Limit ustawia nawigację na kolejny PK, ja śmigam do Magistratu podbić kajety. Cel obrany - ruszamy. Z Bierunia trzymając się czerwonego szlaku kręcimy przez Bojszowy, Jedlinę, Wolę, Gilowice do Gminy Miedźna. Nim dotarliśmy do Urzędu Gminy zatrzymujemy się przy drewnianym kościółku pw.św. Klemensa, będącym na Szlaku Architektury Drewnianej. Rozglądam się za Farorzem, co by kajety podbił,ale go nie mogę namierzyć. Przeczekujemy chwilę deszcz i docieramy do Urzędu Gminy. Łapię potwierdzenie i lecimy dalej. Co prawda następnym PK miała być Pszczyna, ale nim tam docieramy zatrzymujemy się jeszcze przy drewnianych kościołach w Grzawie (Ścięcia św. Jana Chrzciciela) i Ćwiklicach (św. Marcina). Z obu obiektów udaje się łapnąć pieczątki. Potem już prosta drogą wojewódzką do Pszczyny. Podbijamy się w punkcie i. Już mamy jechać do Goczałkowic na obiad, ale deszcze nie dają za wygraną i decydujemy się obiadować w Pszczynie. Podjeżdżamy do sprawdzonego przez Adama lokalu. Dziś w menu porcja spaghetti bolognese plus zapiekanka pene z kebabem. Solidna dwuporcja makaronu w różnej postaci. Wyglądało niepozornie, ale posiliło konkretnie.
Deszcze wreszcie ustały. Kręcimy do Goczałkowic. Postój na pieczątkę w Starej Pijalni. Kolejny PK to Wilamowice. Od Pszczyny poprawa pogody. Azymut ustawiony. Przelatujemy przez Czechowice, Bestwinę, na focenie i próbę dodatkowej pieczątki zatrzymujemy się w Starej Wsi przy kolejnym drewnianym kościółku (Podwyższenia Krzyża Świętego) i docieramy do Wilamowic. Pora już późna przez tą obsuwę, więc tylko focimy się przy kościele w Wilamowicach i śmigamy dalej. Przez Podlesie i Kobiernice docieramy do Porąbki. Po uprzednim telefonie Limit załatwia nocleg na Kozubniku. Robimy zakup popasowy w Lewiatanie i śmigamy na kwaterę u podnóża Góry Żar.
Sobotę postanowiłem jednak spasować od jazdy mimo tego, że wolne miałem. Trzeba było trochę rzeczy nadgonić przed wyjazdem na pętlę dookoła Śląska.
Dziś ostatnia dniówka w tym miesiącu przed drugą częścią urlopu. Start o 9:00. Z uwagi na nadciągające czarne chmury przejazd dość żwawym tempem. Jednak na Stawikach dochodzę do wniosku, że ta chmura strasznie tylko wygląda i zwolniłem tą gonitwę.
Podjazd pod Biedrę po zakupy i prosto do Rawy. W trakcie dniówki się rozpadało, ale nim wybiła 19:00 wszystko powysychało.
Miałem lecieć najkrótszą do domu, ale jakoś załączył się szwendacz i padło na spontaniczne zapętlanie. Z Rawy na Dąbrówkę, skąd kręcę na Czeladź. Potem podjazd na Dorotkę i zjazd do Gródkowa. Zamiast skręcać w kierunku Lwa, to przecinam wojewódzką 913 i jadę prosto przez skrzyżowanie. Albo dawno tędy nie jechałem, albo pomyliłem drogi bo wylatuję w miejscu, którego w ogóle nie kojarzyłem. Droga mi się skończyła, prosto prowadzi w teren żółty szlak, a asfalt w prawo tudzież lewo. Hmm. Już się ściemnia nie wiedziałem ile przyjdzie mi się przebijać terenem, więc wybrałem asfalt w prawo z myślą, że doprowadzi mnie do "86", a tu w pewnym momencie droga się skończyła i wpadam w dukt leśny, miejscami dość zarośnięty.
Wracać się bezsens. Jadąc dalej docieram już do znajomej drogi prowadzącej pod 86 w kierunku Sarnowa. Wpadam na nią, ale znów coś mi się nawigacja popsuła i zamiast wjechać na czarny szlak to wylatuję przy stadionie w Sarnowie. Skoro już tutaj dotarłem to udałem się dalej w kierunku Preczowa. Na Mariankach nowy dywanik wylany na drodze prowadzącej w kierunku P4. Wylatując "Pod Dębami" dostrzegam króliczka, próbuję dogonić ale chyba znów ktoś na cienkich, bo nie dałem rady. Rozkręcony docieram na Piekło. Zwrot i zjazd na bieżnię P3. Rundka wokół zbiornika i sunę do domku się szykować do drogi.
Cosik zaczęło mi stukać w biku, podejrzewam, że support ale za późno na wymianę i może odgłosy nie będą zbyt upierdliwe na tygodniowej trasie.
Cykloturysta z Sosnowca. Od najmłodszych lat zarażany Cyklozą. (w końcu mnie dopadło)
Współorganizator Zagłębiowskiej Masy Krytycznej i innych imprez rowerowych, były działacz w Akademickim Związku Sportowym, od 2011 Prezes Klubu Turystyki Rowerowej CYKLOZA przy sosnowieckim PTTK.
Największe dokonanie:
Wyprawa rowerowa Sosnowiec - Władysławowo - Sosnowiec (28.07-10.08.2012), 14 dni niezapomnianych wspomnień na dwóch kółkach,
nieco mniejsze dokonania:
21-24.07.2015 urlopowo Od Kielce po Lublin (Kielce, Kurozwęki, Ujazd, Sandomierz, Kazimierz Dolny, Nałęczów, Lublin)
17-23.08.2015 Rowerowy objazd dookoła Województwa Ślaskiego
11-17.07.2016 Po Kaszubskim Parku Krajobrazowym