Jak pierwszego w tą papraninę skusiłem się na jazdę rowerem, dziś gdy tylko puch zalegał na wszystkim innym jak drogi, a żadnych odpadów się nie spodziewałem sugerując się ICM, również wybór padł na jednoślad.
Wyjazd z domu nieco wcześniej z myślą zahaczenia o Morawę. Jezdnie trochę mokrawe, ale nie na tyle żebym się umarasił strasznie. Idąc po rower do garażu słyszę w oddali sygnały Staszaków, Policji, które gdzieś tutaj krążyły po Zagórzu. Wylatuję na światła przy Makro i już wiem, gdzie te pojazdy goniły. Tuż za światłami w kierunku na Sosnowiec - dzwon 3 samochodów. Zwężka z 3 do 1 pasa. Powoli przeciskam się z samochodami stojącymi w korku i po ominięciu miejsca kolizji rozkręcam się i już spokojnym rytmem kręcę dalej. Na bazie oczekiwanie na kontener z towarem. Załatwiam kilka sprawunków i na 20 minut przed otwarciem salonu ruszam na Rawę. Szybki upgrade w Biedrze i zwrot do Rawy.
W pracy czas nawet szybko zlatuje i nim się orientuje zrobiło się ciemno wybiła 20:00 i pora do domu wracać. Dzwonię do Krzyśka czy jest w domu, bo bym podrzucił mu próbnik koszulki. Jest więc tam też się udaje. Półgodzinki na pogaduchy odnoście szczegółów zamówienia strojów klubowych. Przyszła godzina tym razem Krzychu szykuje się na nockę. Odprowadzam go na przystanek, on do busa, a ja kusem za autobusem zmierzam na Zagórze. Po śniegu śladu już nie ma termicznie nawet też tragedii nie ma.
Od rana jak się tylko głowa obudziła wziąłem się za rozliczanie pitów. Czas tak błogo zleciał, że nim się oglądam wybija 15:30. Za oknem widzę snieżek z deszczem sypie. Rozważam czy sobie odpuścić rower. Choroba zwyciężyła i dosiadam Meridiana nie zważywszy na aurę.
Nim ruszam na spotkanie, wpadam na chwilę do przychodni załatwić zaświadczenie od lekarki co by mieć drobną zniżkę na patrzałki. Jak to stwierdziła, ma dziś pacjentów i od ręki nie jest w stanie mi tego zrobić. Czekać już więcej nie mam zamiaru z ironią mówię do widzenia i śmigam do śródmieścia na spotkanie klubowe. Nie jedzie się źle, ale dobrze też nie do końca. Po dotarciu na miejsce zastaję czekających Limita i drugiego "chorego" rowerzystę Artura. Niebawem zjawia się reszta ferajny. Sprawy klubowe, koszulki, kamizelki, jest trochę do omawiania. 19:00 wybija pora kończyć pogawędki. Zmotoryzowani przodem, a ja na koło i przed siebie powrót na Zagórze.
Dziś bonusowa rundka na Morawę, gdzie przesiadam się w busa, by dostarczyć mojemu klientowi fotel.
Po powrocie zamieniam jeszcze z Bossem dwa słowa odnoście partycypacji kosztów do klubowej koszulki. Nawijka i powrót do domu. Pomimo ładnej pogody akumulatory jakieś puste to i bez większych zagięć kieruję się na Zagórze. Na wysokości Sielca odczuwam wrażenie jakby powietrze uszło z tylnego koła.
Hmm nie jest tak jak rano, ale da się jeszcze jechać. Spokojnym tempem Docieram na kwadrat. Powietrze jeszcze niby jest, ale trzeba się temu bliżej przyjrzeć. Nim się jednak za to zabrałem najpierw uzupełnienie stanów magazynowych w domowej lodówce, krótka sjesta i biorę się za robotę.
Po oględzinach odnajduję mini dziurkę w dętce i po dłuższym macaniu opony znajduję winowajcę - drobny okruszek szklany. Mało tego znajduję jeszcze trzy takie w bieżniku opony. Pewnie one były przyczynami tylu pan w krótkim czasie.
Uporawszy się z tym rozbieram jeszcze tylną przerzutkę w celu nieco jej wyczyszczenia bo już wołało to o pomstę do nieba. Wyczyszczone składam do kupy i na dziś kończę tematy związane z rowerem. Nie licząc wpisu na BS-a.
Od rana zakręcony dzień. Mam trochę do załatwienia, pogoda w miarę to nie będę się katował busami i dosiadam Meridiana.
Na początek po 8:00 ruszam na firmę załatwić raty dla mojego klienta. Potem na salon, podrzucić jeden papierek, przy okazji sprawdzam, czy u mojej pani w pracy jestem potrzebny. Nie ma zajęcia dla mnie w tył zwrot i zawijam do PTTK. Dostaję cynk, że kamizelki klubowe są już do odbioru, więc wyciągam fundusz klubowy i zawijam do domu po sakwę, po czym nawrót i melduję się w agencji reklamy w celu odbioru zamówienia.
Z pakunkiem znów do Oddziału. Towar zostawiam w bezpiecznym miejscu i zakosami sunę na kwadrat.
Po dłuższej przerwie odpalam rower i kręcę na Rawę. Pogoda w kratkę, ale w tych godzinach co potrzebuję jest bez deszczu stąd decyzja pozytywna na jazdę rowerem do pracy.
Wybywam z domu nieco wcześniej, aby po drodze zahaczyć o skarbówkę i pobrać druczki pitowe. Zawijas do biedry po upgrade i prosto do Rawy.
Po pracy spokojnym tempem powrót przez Dąbrówkę, Milowice, Śródmieście, Ludwik, Dańdówkę i zjazd na Zagórze.
Od dziś przez cały tydzień wskakuję na zastępstwo na salony firmowe. Jakoś mi się wstaje opornie, ale mimo to udaje się na tyle wcześnie wstać, że ogarnąłem się z pakowaniem sakwy z cywilciuchami na przebranie i sporządzeniem i skonsumowaniem śniadania w postaci jajecznicy.
9:20 start z Zagórza. Jadę przez Centrum, by zakręcić jeszcze do Skarbówki po druki PIT-ów. Jednak brakuje mi paru minut na puncie kontrolnym przez co bez zatrzymywania prosto na Stawiki i przez Borki docieram do DK 86, skąd pod kropkowaną na szybki zakup upgrade popasowe. W tył zwrot i pitstop w Rawie.
Po pracy zakosem przez Czeladź, Piaski, Pogoń, Środulę i zjazd na Zagórze. Na jutro ICM wróży różne dziwadztwa to chyba pora na zbiórkoma.
Aura podobna jak na sobotę. Budzę się po 6:00, rundka z buta do piekarni po świeże pieczywko i rekonesans czy warto jechać rowerem, czy się skusić na zbiórkom. Wiać nie wieje, delikatnie mży i 5 stopni na plusie. Choroba robi swoje i wybór padł na dwa kółka. Przynajmniej, będę miał okazję sprawdzić jak się neopreny sprawdzają w czasie jazdy w deszczu. Wskakuję w bike wdzianko i godzinę później ruszam na bazę. W sumie to tylko kwestia czy przemogę przejazd w czasie porannego deszczu, bo powrót według ICM wydawał się, że może uda się na sucho wrócić.
Ruch spory, jazda zapobiegawcza, ale płynna. Jedynie jakiś ochraniaczy na oczy mi brakło, bo woda spod kół waliła w powietrze jak szalona. Po 20 minutach melduję się na Morawie. Neopreny się sprawdziły, ale od podeszwy trochę wilgoci do buta się dostało, ale bez nich to by mega ekstremum w obuwiu było. Wdzianko wierzchnie na grzejnik i do roboty.
Po pracy pochmurno, ale nie już nie pada, czyli ICM się nie mylił. Kręcę na chwilę do Martyny na Rawę, wrzucam frytaski z IKEI i zakolem przez Dąbrówkę, Milowice, Pogoń, Środulę turlam się na Zagórze. Aura się jeszcze utrzymała to na zakończenie dzisiejszej jazdy rundka do Centrum DG podrzucić pisemko i zjazd już na kwadrat.
Dodatkowy dzień dojazdu do pracy. Wpadł kurs do Wrocka. Staruję z domu 7:30. Ochraniacze na buty i w drogę bo delikatnie mży. Mimo mokrej nawierzchni całkiem dobrze się jedzie. Ochraniacze się sprawdziły i po dotarciu na bazę obuwie suche i czyste.
Przebierka w cywil ciuch i w drogę. Rundka do Breslau i nazad. Około 13:00 udało się wrócić. Na polu nie pada, ale niebo ołowiane. Całe szczęście do wieczora już bez deszczu było.
Po przekąszeniu obiadku z lokalnego gastropubu, wskakuję na Meridiana i śmigam do Decathlonu easy koło IKEI. W shopie jednak nie znajduję tego co mnie interesuje i przemieszczam się na 3 Stawy do GoSportu. Tu też lipton.
Dość shopingu. Odpalam maszynę i śmigam przez Dolinę 3 Stawów i Staw Janina do Gisza. Tam mnie uprowadza szwagier na herbatkę. Pół godzinki przerwy i już bez przygód kręcę do domu przez Mysłowice, wylatując na Modrzejowie. Odbijam na Mikołajczyka i kręcę aż pod rondo na Ludwiku. Potem ścieżką na Kombajnistów, Park na Środuli i zjazd na Zagórze.
Dwa dni przestoju z uwagi na mało zachęcające warunki pogodowe. Wczoraj wieczór znów Meridian niespodziankę sprawił. Czyszcząc golenie od amorka dostrzegłem panę w przednim kole. Dobrze, że wczoraj i mogłem na spokojnie dokonać serwisu. Myślałem, że znów jakieś szkło wlazło w oponę, a tu po prostu łatka puściła.
Dziś już bez stresów zakładam wdzianko i 7:40 ruszam standardową trasą na bazę. Droga nawet bez większych problemów minęła. Udaje się godzinę wcześniej cmyknąć do domku, przez co przewidywany deszczyk dopadł mnie dopiero na Zagórzu.
Rower powoli zbiera się do gruntownego remontu. Nie wiem od czego to zależy, ale na tych komponentach długo się kręci - łańcuch ma z 8 tys., a support powoli strzela, ale bez luzów i już przeszło 12 tys km już pracuje.
Cykloturysta z Sosnowca. Od najmłodszych lat zarażany Cyklozą. (w końcu mnie dopadło)
Współorganizator Zagłębiowskiej Masy Krytycznej i innych imprez rowerowych, były działacz w Akademickim Związku Sportowym, od 2011 Prezes Klubu Turystyki Rowerowej CYKLOZA przy sosnowieckim PTTK.
Największe dokonanie:
Wyprawa rowerowa Sosnowiec - Władysławowo - Sosnowiec (28.07-10.08.2012), 14 dni niezapomnianych wspomnień na dwóch kółkach,
nieco mniejsze dokonania:
21-24.07.2015 urlopowo Od Kielce po Lublin (Kielce, Kurozwęki, Ujazd, Sandomierz, Kazimierz Dolny, Nałęczów, Lublin)
17-23.08.2015 Rowerowy objazd dookoła Województwa Ślaskiego
11-17.07.2016 Po Kaszubskim Parku Krajobrazowym